Dlaczego rzuciłam pracę w szkole


Miarka się przebrała. W dniu dzisiejszym odbyłam ostatni dzień pracy w szkole.
Pewnie wielu z Was się zdziwiło po
przeczytaniu tytułu posta. Zwykle ludzie mi nie wierzą nawet wtedy gdy mówię im to prosto w oczy, z pełną powagą.
Tak proszę Państwa. "Jestem nauczycielem". Wiecie jaki widzę wtedy wyraz twarzy? O taki:
 
Powinnam raczej napisać że nim byłam. Bo od teraz jestem wolna jak ptak, taki bez odpowiedzialności karnej za małe i niczego nie świadome dzieciaki. 

Pewnie jesteście ciekawi jak wygląda taka praca od kuchni, i ten szał że wolne i płatne wakacje, ferie, święta, dodatki itp. Otóż moi Drodzy. Nie jest to takie różowe jak podaje powszechna opinia.
Prawda jest taka, że nauczyciel nie może zupełnie nic. Nie ma żadnego wpływu na dziecko. A gdy zacznie taki wpływ mieć (np. poprzez stawianie niskich ocen lub uwag do dzienników), pojawiają się rodzice, którzy piszą skargi do dyrekcji i kuratorium, że nauczyciel jest niekompetentny i sobie nie radzi, a przecież ich dziecko jest złote i najsłodsze na świecie. Dziecku odgórnie jest wmawiane, że nauczyciel to taki darmozjad, który powinien się cieszyć, że ma pracę i że to on jest dla ucznia, a nie odwrotnie. Spotkałam się na przykład kilka razy z zachowaniem pod tytułem "gówno mi pani zrobi, a jak będzie pani fikać to mój tata panią usadzi". I to jest na porządku dziennym.
Już pomijając fakt, że uczniowi wolno wszystko i nauczyciel nie zrobi nic aby pomóc samemu sobie, ciekawy jest sposób rozumowania opinii publicznej. 

Powszechnie wiadomo jak to fajnie mieć wolne wakacje, ferie i dostawać dodatki motywacyjne i każde inne nazywane dalej dodatkami. Nie jest to takie różowe i uwierzcie mi, gdyby takie było, to dalej siedziałabym w tym edukacyjnym pierdolniku bez mrugnięcia okiem i napychała kieszenie pieniędzmi podatników...
Dodatki motywacyjne dostają nauczyciele, którzy są tak zwanymi przydupasami dyrekcji lub pupilami wysoko postawionych pracowników kuratorium. Nie mówię, że wszyscy, zdarzają się wyjątki i dyrektorzy, którzy mówią ludzkim głosem. Ale myślę, że to jakieś marne 5% z całości. I pewnie żyją w jakiejś mitycznej krainie, do której wstęp mają tylko nieliczni. 
Wolne ferie i wakacje to bardzo mała rekompensata za to, ile czasu nauczyciel musi się użerać z setkami niewychowanych, samolubnych i nieodpowiedzialnych bachorów. I mimo, że w każdej klasie znajdzie się dwójka fajnych dzieciaków, to pozostała 30tka doprowadzi do szału na tyle wystarczająco, żeby nauczyciel stracił na samoocenie i miał koszmary po nocach.

Odpowiedzialność jest przeogromna. Jaś się potknie na prostej drodze i złamie nogę - odpowiada przed sądem nauczyciel dyżurujący. Jaś się zesra na lekcji i udusi własnym smrodem - odpowiada za to nauczyciel, z którym jest lekcja. Jaś klepnie Małgosię po dupie i Małgosia zachodzi w ciąże - odpowiedzialny nauczyciel opiekujący się Małgosią. Głupie przykłady, ale dobrze opisują tą głupią rzeczywistość.

Czas spędzany w szkole na lekcjach, podczas gdy dzieci się uczą to kropla w morzu całego czasu, jaki nauczyciel spędza w szkole. Do tego istnieją takie magiczne twory jak zebrania i posiedzenia rady pedagogicznej, na których czyta się wszystko co możnaby wrzucić na jeden serwer i zobaczyć na spokojnie, ale po co? Skoro można postać i poczytać przez 4 godziny? Takie zebrania odbywają się stosunkowo często. Za często. 

Zebrania zespołów przedmiotowych pod tytułem: co tu zrobić żeby jedynkowy Jaś w końcu się czegoś nauczył? Odpowiedź jest prosta: Jasia można cmoknąć w dupę jeśli Jaś ma tam naukę. Ale obowiązkiem nauczyciela jest w ten tyłek wleźć i modlić się, żeby coś tam po nim zostało. Bo to nauczyciel świeci oczami za debilizm Jasia przed dyrekcją i to nauczyciel musi się tłumaczyć dlaczego dziecko ma same jedynki.... i dlaczego nie wypruł sobie flaków żeby tylko Jaś się czegoś nauczył. A jako, że nauczyciel ma znikomy wpływ na dziecko i dziecku wolno wszystko, to Jaś sra na szkołę, a jego rodzice na domiar wszystkiego zmieszają nauczyciela z gównem przy najbliższej okazji. Ah jakże jestem kobieca pisząc na ten temat...

Zespoły do spraw różnych, to jest: promocja, środowisko lokalne, edukacją, publikacje, ubezpieczenia itp. Kolejny sposób na zmarnowanie cennego czasu, ale jest to obowiązkowe i należy się temu poświęcić.
Apele, festyny, uroczystości szkolne. Przygotowanie leniwych i o nic nie dbających uczniów to czarna magia. Myślę, że Ci nauczyciele, którym się to jakoś udało, podpisali pakt z diabłem. Pewnie za 10 lat zginął w tajemniczych okolicznościach, wtedy się dowiemy jaka jest prawda. Ale wracając do tematu...
To kolejne godziny spędzone z uczniami. Robienie dekoracji, uczenie podstawowych zachowań i kultury, zmuszanie do tego co jest ich zasranym obowiązkiem a więc: noszenie zeszytu, książki, długopisu i siedzenie w ławce a nie bieganie po całej sali. Czepianie się jak małpa po tablicach dekoracyjnych, przygotowywanie prezentacji, tworzenie i uzupełnianie dzienników, kompletowanie dokumentacji, zbieranie pieniędzy, prowadzenie zebrań z rodzicami, konsultacje indywidualne, godziny karciane.
Mogę się założyć, że zastanawiacie się co to są godziny karciane. Są to takie lekcje, uwarunkowane prawnie w Karcie Nauczyciela, które nauczyciel musi koniecznie przeprowadzić jako lekcje dodatkowe. Godzina karcianki tygodniowo za pół etatu i dwie godziny za cały etat. I tak co tydzień. Bezpłatnie (jak wszystko co powyżej opisałam). I nieważne co to będzie, masz to zrobić i już. A to, że żaden uczeń nie chce na taką godzinę przyjść, to już Twoja sprawa. Kombinuj tak żeby się udało.

Miałam taką sytuację,. która wspaniale Wam nakreśli poziom zaangażowania i podejście do sprawy przez rodziców. Jedna z uczennic na koniec roku szkolnego mając same jedynki i jedną dwóję, przyszła i zażądała (to właściwe słowo) pracy dodatkowej żeby mieć trójkę na świadectwie. Cały rok nie robiła nic, nie nosiła nawet długopisu i przy każdej możliwej okazji rozpieprzała mi lekcje. 
Wredna jestem, ale nigdy do dzieci. Dałam więc jej możliwość zrobienia krótkiego referatu lub plakatu (do wyboru) na podany temat. Następnego dnia dumna z siebie uczennica, krzycząc od połowy korytarza, że tata jej pomagał, przyniosła mi plakat... Jej plakat to brystol na który została naklejona skserowana strona z książki :| Oczywiście nie zaliczyłam jej tego. 
Następnego dnia jak tylko weszłam do szkoły, zaatakował mnie ojciec, który pomagał przy plakacie. Zaatakował to również dobre słowo, bo dosłownie mnie zaczął szarpać. Krzyczał przy dyrekcji, że jestem nienormalna i uwzięłam się na jej córkę, a plakat jest wzorowy i powinna z niego dostać szóstkę. Wyjął go spod pazuchy i zaczął mi machać nim przed nosem. Na moje argumenty: "proszę pana, to skserowana kartka z podręcznika, naklejona na żółty brystol" i wiele innych argumentów, po całym moim długim wywodzie, tatuś spojrzał na mnie ze zdziwionym wzrokiem pytając: "a więc czemu to nie zasługuje na szóstkę".
Podejrzewam, że dyskusja pod postem będzie burzliwa. No cóż... Szkoda mi zdrowia na ratowanie upadającego systemu edukacyjno - wychowawczego. A jako, że nigdy nie ukrywałam, że jestem egoistką, to i teraz otwarcie piszę - czas zadbać o siebie i swój rozwój.
A żeby nie stracić szacunku do samej siebie, w tym momencie moje podejście do opisanych wyżej faktów brzmi TAK TAK TAK I DON'T REALLY GIVE A FUCK. Bye :)





Zobacz również

289 komentarze

  1. O matko rozwaliły mnie Twoje przykłady "Jaś się zesra na lekcji i udusi własnym smrodem" :D
    A tak na serio to ja właśnie dlatego nigdy nie chciałam być nauczycielem. Nawet na studiach, powiedziałam, że ja w żadnym razie nie chcę iść na nauczycielskie, bo nie chcę później w szkole uczyć i do tego mieć praktyki w szkole z tymi rozwydrzonymi dzieciakami, bo bym ich chyba rozszarpała, a cierpliwość mam małą.
    Ojciec tego dziecka co przyszedł do szkoły jest jakiś nienormalny. I później dziwić się, że dzieciaki w szkole są takie niedoje*ane jak ich rodzice nie są lepsi :/
    Współczuję Ci przeżyć i moim zdaniem bardzo dobrze, że zrezygnowałaś. Szkoda zdrowia i nerwów na taką robotę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie należę do osób silnie przejmujących się. Dlatego w momencie gdy zaczęłam mieć koszmary i czuć stres przez pracę, doszłam do wniosku że coś jest nie halo. Już nigdy mnie do tej pracy nie zawloką, za żadne pieniądze i obietnice.

      Usuń
    2. Życzę Ci aby znalazła pracę, która będzie sprawiała Ci radość albo przynajmniej nie będą się po niej koszmary śniły :)

      Usuń
    3. No jak to pani nie doceniła kreatywności dziewczyny? Przepraszam ojca bo to pewnie artysta. Podam przykład: moja koleżanką na egzaminie na studia artystyczne pogniotła kartkę i się dostała z wyróżnieniem. No to ksero coś musiało znaczyć tylko poziom nie ten, dziewczę powinno na ASP się zgłosić a nie do gimnazjum. A poziom wysiłku o matko i córko ake jak ich o fejsa zapytamy yo nam wykład zrobią że oko zbieleje, niestety mnie na praktykach tak próbowali zbić, zgnoić i zastraszyć, nauczyciel bal się mnie samą zostawić z klasą chyba 2 gimnazjum 12 lat temu. Przeżyłam wredne ataki. Uczyć w szkole podziękowałam. Nigdy. Czyli do tej pory nic się nie zmieniło. Powodzenia na nowej drodze życia zawodowego.

      Usuń
    4. Witam, tekst przeczytałam z dużym zainteresowaniem:) Upadek statusu nauczyciela jest przerażający. Jestem nauczycielką języka niemieckiego z 20-letnim stażem. Pracuję na pierwszej linii frontu, czyli w gimnazjum. Mam kilka klas, z którymi bardzo dobrze się pracuje, ale trzy takie tragiczne, że na samą myśl o zajęciach z nimi boli mnie brzuch. Też mam nadzieję, że pracuję ostatni rok w gimnazjum. Bardzo lubię nauczać języka niemieckiego, to moja pasja, ale chciałabym uczyć w dobrym liceum, a niestety mimo moich kwalifikacji nie mam znajomości, żeby się do takiego dostać. To szok, że przy występującym niżu mam dużo gorsze warunki pracy niż kiedyś: języka nauczam w grupie składającej się nawet z 23 osób. Mam nadzieję, że znajdę pracę, która nie będzie aż tak stresująca.

      Usuń
    5. Witam, to tylko można zazdrościć 23 uczniów na zajęciach języka niemieckiego. Może trzeba oprócz niemieckiego zrobić inną filologię? Wszystkie moje koleżanki-germanistki już dawno przekwalifikowały się na hiszpański lub angielski... Warto:-)

      Usuń
    6. Pięknie opisana szkolna rzeczywistość. Nic dodać. Dlatego się pochwalę. Jestem szczęśliwa, bo przeszłam na świadczenia kompensacyjne i nie muszę odwiedzać grajdołka zwanego szkołą

      Usuń
  2. Tego się właśnie spodziewałam po pracy nauczyciela, dlatego na studiach, na przekór prawie całemu rocznikowi nie zrobiłam uprawnień pedagogicznych.

    OdpowiedzUsuń
  3. pocieszę Cię - całkowicie Cię rozumiem.
    ja właśnie siedzę w domu, bo z praktyk z dziećmi przywlokłam... robactwo.
    i to nie jakieś tam łatwe do wytępienia wszy.
    ohohoho, nieeeee...

    zachciało mi się studiów logopedycznych, zachciało mi się pracy z dziećmi upośledzonymi, to mam.
    podjęłam decyzję - nie będę tych studiów kończyła.
    ja się mogę użerać z takimi uczennicami jak Twoja, to zniosę, mam papiery nauczyciela polonisty.
    ale pracy z małymi dziećmi, których czystość, zdrowie i resztę rodzice mają w dupie - nie zniosę.
    nie i już.
    trudno, może jestem egoistką, ale moje zdrowie, mój portfel (na dezynfekcję domu poszło z 300 złotych) są najważniejsze.
    rzekłam.

    także tego - komfort psychiczny przede wszystkim.
    dobrze zrobiłaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a tak serio, to co takiego przynioslas dobra kobieto do domu, powaznie wolalabym wiedziec..

      Usuń
  4. Na wstępie powiem, że czytam Twojego bloga już jakiś czas, lubię Twój styl pisania, tematy jakie poruszasz i..Twój charakter :) Po drugie, jestem studentką pedagogiki i cały wrzesień miałam praktyki w SP w 1 klasie. I po tym miesiącu mogę się pod Twoim postem podpisać rękami i nogami, a będąc na lekcji zastanawiałam się "co mi strzeliło do tego durnego łba żeby iść na nauczycielkę ?!?!". W mojej klasie było 4 nadpobudliwych chłopców i to wystarczyło by roznieść całą klasę (liczącą tylko 14 osób, mała szkoła na wsi). To zdecydowanie ciężki zawód, głos straciłam już w pierwszym tygodniu praktyk, dzieciaki nauczycieli nie szanują, można powtarzać sto razy jedno i to samo i tak dziecko Cię nie słucha, na koniec przyjdzie rodzic z pretensjami. Jestem bardzo energiczną osobą, ale praktyki mnie niesamowicie wykończyły. Jednym słowem tragedia, dzięki bogu w poniedziałek ostatni dzień. ogólnie to dokończę licencjat, ale magisterka na pewno będzie z czegoś innego.
    Podjęłaś poważną decyzję o rzuceniu pracy, ale wierzę że była rozsądna.
    A Twojego posta idę pokazać mamie, która uparcie mi wpiera, że po prostu "początki są trudne, potem jakoś się ułoży i nie powinnam się tak szybko poddawać".

    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeżeli jeszcze nie czujesz tej roboty, to olej ją. Lepiej nie będzie. Szkoda czasu, lepiej poświęcić się czemuś co kochasz i co może Ci przynieść jakiś zysk.

      Usuń
  5. Jednym słowem: PODZIWIAM!
    Podziwiam Ciebie za to, co musiałaś znosić. Dzisiejsze dzieciaki są okropne.
    Kiedyś zwróciłam uwagę jakiemuś może siedmiolatkowi, a on mnie zwyzywał. O.o

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem nauczycielem z wykształcenia. Kropka. Na praktykach zrozumiałam, że nie mam tego czegoś by być dobrym nauczycielem. Zwyczajnie. I wbrew pukającym się kolegom i rodzinie - bo przecież pewna praca? kasa? tyle wolnego? i jaki szacunek? heloł??? - twierdziłam że w szkole potrzebni są ludzie z powołaniem, potrafiący odpowiednio przekazać wiedzę to raz, dwa - znoszący te wszystkie układy i układziki którymi każda szkoła jest przeżarta, prędzej czy później któraś ze stron Cię dopada itp Trzy - dzieci i rodzice, jedno gorsze od drugiego. Trzeba mieć szczęście by dostać się do w miarę normalnej szkoły i natrafić na dobrą glinę z której można próbować lepić ludzi. Na ten temat można debatować godzinami. Nie mówić o tym, co nauczycielstwo robi z ludzi...marnuje zdrowie, życie rodzinne, osobiste, zatruwa głowę, a niektórym jakaś woda sodowa odbija i najzwyczajniej dziwaczeją, co to nie oni. itp itd
    życzę powodzenia na nowej drodze zawodowej :)
    pozdrawiam
    Justyna

    OdpowiedzUsuń
  7. Pedagogika, pedagoika łatwe, kolorowe i przyjemne studia-więc idzie każdy bo łatwiek się dostać, bo problem z drogą życiową i tu jest problem. Dzieci, dzieciaczki, bo każdy na studiach pedagogicznych lubi dzieci a powiem tak lubić a uczyć jest różnica. Dwa razy czytałam i miałam gęsią skórkę. Praca w szkole jest trudna, głównie z powodu rodziców i ich podejścia do nauczania i wychowania swoich dzieci, ale nawet gdybym była wściekła, negatywnie nastwaiona to bym nie jechała ze słowami, że bachory i takimi przykładami jak podałaś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. szkoła w której ja pracowałam przez długi czas to gimnazjum. I to nie są dzieciaczki, tylko bachory:P nie żałuję słów, których użyłam, przelałam wszystko co myślę i czuje się z tym świetnie. Pawdę mówiąc już dawno nie czułam się tak dobrze :)

      Usuń
    2. i wyprowadzę Cię z błędu: pedagogika to wcale nie takie proste studia i po samej pedagogice nie możesz uczyć w szkole, potrzebne są odpowiednie uprawnienia, specjalizacje, wykształcenie kierunkowe na dany przedmiot i odbyte praktyki. Dostać się może i łatwo, bo progi niskie, ale skończyć to już inna bajka ;-)

      Usuń
    3. "Pedagogika, pedagoika łatwe, kolorowe i przyjemne studia-więc idzie każdy bo łatwiek się dostać, bo problem z drogą życiową i tu jest problem. Dzieci, dzieciaczki, bo każdy na studiach pedagogicznych lubi dzieci a powiem tak lubić a uczyć jest różnica. "-była to ironia i doskonale o tym wiem, bo sama jestem m.in. pedagogiem ;)

      Usuń
  8. A i może dobrze, że rzuciałaś pracą w szkole ;) widocznie to nie ta droga-powodzenia w odnajdywaniu właściwej drogi.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nooo, i nawet mnie tu przywlokło, żeby dorzucić krótkie - Gratuluję! Samozaparcia, szacunku do siebie i zwyczajnej cywilnej odwagi, by powiedzieć "dość kurwa!" :) to jest najbardziej niewdzięczna robota świata, ja wiedząc co przechodzi moja mama i całe grono innych znanych mi nauczycieli, na studiach kategorycznie powiedziałam, że bloku pedagogicznego robić nie będę, bo jeszcze - tfu! - tak by mi się los ułożyć że podkusiłoby spróbować pracy w szkole... Nie, nie, nie!
    A z drugiej mańki, jako matka, już dostaję schiza na samą myśl, że kiedyś będę musiała do tej wylęgarni degeneratów własne dziecię posłać...cały system edukacji zabija obecnie wszystko, co w ludziach dobre.

    Trzymam kciuki za dalszy rozwój i za cieszenie się teraz każdym dniem, kiedy inwestujesz w siebie i swoich bliskich, a nie spalasz się dla niewdzięcznej zgrai :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Pamiętam, że długo marzyła mi się praca nauczycielki, ale na szczęście mi przeszło ;)
    Jako, że całkiem niedawno skończyłam szkołę, to z tej drugiej strony mogę powiedzieć, że doskonale Cię rozumiem. Nie byłam nigdy 'lizidupą', ale mama nauczyła mnie, że każdą pracę należy szanować i przede wszystkim trzeba szanować ludzi jako ludzi, a nie jako osoby wykonujące konkretny zawód. Zawsze trafiałam na klasę, w której coś było nie tak. Wychowawcy cały czas się zmieniali, bo nie mogli z nami wytrzymać. Zawsze zdarzały się osoby 'ponad normą', do których żadne argumenty nie przemawiały. Czasem zastanawiałam się jak można być aż takim egoistycznym dupkiem, żeby każdemu zatruwać życie. Bo wtedy już nie chodziło tylko o nauczycieli, ale też o ludzi, którzy chcieli cokolwiek z lekcji wynieść, albo po prostu chcieli spokoju. Nie powiem - byli też nauczyciele, którzy sobie ze swojej pracy żarty robili, ale mimo wszystko darzyłam ich szacunkiem, bo tak zostałam wychowana. I myślę, że tu właśnie tkwi problem - w wychowaniu. Dzieci dostają to, co chcą. Na nic nie muszą pracować, więc pracy nie szanują. Rodzice dają im wszystko, byleby tylko mieć przysłowiowy 'święty spokój' i mają w d***, że inni ludzie muszą się potem z takim rozkapryszonym gówniarzem użerać.
    Podsumowując: Gratuluję! To pewnie była najlepsza decyzja w Twoim życiu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zdecydowanie tak uważam :) zaraz po ślubie z Amperem, to było najlepsze co co zrobiłam :)

      Usuń
    2. no tak - jeszcze ślub - popieram ! To już masz dwie fantastyczne decyzję ;)

      Usuń
  11. Widzę że nie jest tak ślicznie i pięknie! Ostatnio parę razy odbierałem siostre ze szkoły i widziałem te bachory które są wychowywane bezstresowo. Masakra dzieci głupie tak samo jak ich rodzice. Kiedyś nikomu przez myśl by nie przeszło że dziecko z pierwszej klasy może używać takich słów jak szmata kurwa czy Chuj. Ja w jego wieku nawet nie znałem znaczenia takich słów. Moim zdaniem będzie coraz gorzej! Świetny post!

    http://freshisyummy.blogspot.com/2014/09/messed-up-worldfd-up-world.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bezstresowe wychowanie to nie jest brak wychowania, a dzieci niegrzeczne i przeklinające są w ten czy inny sposób zaniedbane - co też jest źródłem stresu.

      Usuń
  12. Ciekawa notka, a sumie nigdy się nie zastanawiałam jak to wygląda ze strony nauczyciela na prawdę. Kiedyś pewnie było łatwiej, bo dzieci miały szacunek do starszych, teraz niestety tak nie jest. Gówniarze latający z zadartym nosem i wymachujący najnowszym iPhonem przy okazji klnący jak szewc, to nie jest coś o czym marzę :D Gratuluję decyzji, powodzenia w życiu zawodowym! :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Dobrze napisane, mam nadzieję, że kiedyś nadejdą zmiany , bo przeraża mnie ta szkolna rzeczywistość.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak widzę co to towarzystwo wyprawia w sieci, na ulicach i jak się odzywa, to strach się bać co się dzieje w szkołach. Nigdy na szczęście nie miałam zacięcia pedagogicznego. Za grosz nie mam talentu do tłumaczenia innym rzeczy dla mnie oczywistych ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. no i dobrze! całe szczęście, że miałaś na tyle odwagi, bo wielu pewnie by jej nie starczyło. dzieciaki teraz są wychowywane na telefon i to jest porażka, która nie zwiastuje światu nic dobrego. :/

    OdpowiedzUsuń
  16. "Jasia można cmoknąć w dupę jeśli Jaś ma tam naukę" - to zdanie ma w sobie coś, co totalnie mnie rozśmieszyło. Sama nie wiem dlaczego.
    Taak, życie nauczyciela słodkie nie jest, szczególnie szkoda mi nauczycieli, którzy wyrabiają 300 % normy, angażują się nie tylko zawodowo, ale i emocjonalnie w sprawy uczniów, a i tak zawsze dostają po dupie zarówno od uczniów jak i dyrekcji.
    Życzę szybkiego powrotu do siebie, po tylu burzliwych zawodowo przejściach. I oczywiście pomyślności w rozwoju osobistym :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Pracowałam w szkole na stażu i... nigdy więcej tam nie wrócę!

    OdpowiedzUsuń
  18. O matko z corka!!!! A ja myslalam ze tylko w Szwecji istnieja bachory rozbestwione i leniwe pasozyty nie wspominajac o pokreconych na amen rodzicach.
    Nie ma co sie szarpac, zdrowie wazniejsze,a zrabana psycha po takich eksperymentach zawodowych chyba nie latwa do odbudowania.
    Dobrze ze na czas zareagowalas. Ja bym pierdyknela tym chyba duzo wczesniej :)

    Zawod nauczyciela, to cholernie niewdzieczna i niedoceniona profesja.

    Zycze powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  19. Pracowałam na stażu w szkole przez pewien czas i cieszę się, że mi podziękowali. Założę się, że zajdziesz sobie lepszą pracę w której jest mniej stresów ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Z moich rodzicielskich obserwacji zawsze podejrzewałam, że taka jest właśnie praca nauczyciela, jedyna marna rekompensata to te wolne dni, których nauczyciele maja zdecydowanie więcej. No i chyba krócej co dzień pracujecie (a przynajmniej niektórzy). Moja szwagierka uczyła w klasy 1-3 i o 14-stej w domu już była. Zawsze powtarzała, że ona 8 godzin w pracy to za żadne skarby świata nie wysiedzi.
    Pamiętam, kiedy wpadałam po coś do szkoły w czasie przerwy i ten jeden wielki wrzask i gonitwa po korytarzach. Jakbym w jednej chwili w piekle wylądowała, a nauczyciel dyżurujący spacerował i niby to ogarniał ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. raz wracam o 14
      innym razem o 16
      ale siedzę i przygotowuję się do zajęć do 22
      więc NIEKTÓRZY pracują duuuuuużo dłużej

      Usuń
    2. Świetnie to ujęłaś :D (tzn rzeczywistość szkolnej przerwy wśród maluchów) . Pozdrawiam :-)

      Usuń
  21. I wychodzi na to, że pod koniec września nie tylko uczniowie mają dosyć szkoły ;)
    A tak poważnie - mam nauczycieli w rodzinie i doskonale wiem, jak to jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wakacje najbardziej czekają nauczyciele ;)

      Usuń
  22. Ja od zawsze podziwiałam nauczycieli za cierpliwość i opanowanie, bo zostają często postawieni w sytuacji, gdzie chciałoby się gówniarzowi coś odwinąć i odpowiedzieć adekwatnego, a tu niestety nie można...
    Pozdrawiam!:)

    OdpowiedzUsuń
  23. Genialne podsumowanie obecnej rzeczywistości... Aż się włos na głowie jeży. Dobrze, że nie zostałam nauczycielem ;) A Tobie życzę powodzenia na "nowszej" drodze :D

    OdpowiedzUsuń
  24. Po pierwsze - kocham Cię za ten post <3
    Po drugie uśmiałem się tak, że matka wpadła do pokoju z pytaniem co się stało..... no błagam: Jaś się zesra na lekcji i udusi własnym smrodem - odpowiada za to nauczyciel, z którym jest lekcja. Jaś klepnie Małgosię po dupie i Małgosia zachodzi w ciąże - odpowiedzialny nauczyciel opiekujący się Małgosią. <3
    Po trzecie baaaaardzo dobrze zrobiłaś, z szacunku do siebie, oraz tego, że możesz teraz się rozwijać... postaraj się robić to co kochasz, tego Ci życzę :) Dodam, że narobiłaś mi ochotę na film 'Diabeł ubiera się u Prady" (wiem, że film nie w Twoim guście). Tam bohaterka również w pewnym momencie odchodzi z pracy, która ją dręczy i chociaż w efekcie dalej pracuje to wyobrażam sobie Ciebie, jak wrcasz jak ona do domu w którym sami mieszkają i robicie sobie 'wieczór pocieszenia'..... hahah żeby nie było nie wyobrażam sobie pocieszenia tylko powrót do domu i Twoją radość :D Tak czy inaczej musiałaś być ogromnie wkurwiona i na świeżo pisałaś ten post, ale WYSZEDŁ CI PERFEKCYJNIE <3

    OdpowiedzUsuń
  25. Mam koleżankę nauczycielkę, rozmawiałam z koleżanką innej koleżanki - tez nauczycielką. Żadna nie była szczęśliwa z powodu swojej pracy. Bo jeśli jej się coś w tej pracy podobało, to właśnie wszystko psuły takie godziny karciane i inne przymusowe bzdedty albo/i rodzice bardziej niż dzieci. Ale nigdzie nie jest różowo, niestety. Może tylko w "normalnej" pracy jest ten plus, że użerasz się tylko z pracodawcą i kolegami/koleżankami z pracy, a nie jeszcze z dziećmi i ich rodzicami, bo przecież dziecko zawsze jest święte, idealne, mądre.... taaa. Nawet nie będąc nauczycielem, a ucząc się choćby w LO, widziałam, jak rodzice obstają za debilami i matołami. Dlatego: GRATULUJĘ decyzji, Redhead!

    OdpowiedzUsuń
  26. Pracowałam rok jako nauczycielka w gimnazjum (na zastępstwo) i brak mi słów... Nie wiem co myśleć o Twoich powyższych słowach. I myślę, że dobrze zrobiłaś, skoro rzuciłaś tę pracę. Napiszę zatem, że praca nauczyciela jest naprawdę ciężka i żeby być nauczycielem trzeba mieć w sobie to coś, zwane powołaniem i duuuużo cierpliwości. Co do rodziców to prawda- są gorsi niż dzieci. Moja sytuacja: "przyleciała mamuśka do mnie z pretensjami, dlaczego synek dostał z kartkówki jedynkę, przecież wszystko umiał. Byłam w szoku, ale dzięki Bogu miałam przy sobie kartkówkę chłopaka. Pokazałam ją matce. Kartka pusta, coś tam zaczął mazgrolić itp. Ale matka się obruszyła i zawstydzona: to kiedy on może ją poprawić?". Ręce opadają, ale cóż. Podsumowując, naprawdę nie narzekałam na pracę. Być może dlatego, że przepracowałam tylko rok. Były sytuacje ciężkie, ale również dobre i miłe.

    OdpowiedzUsuń
  27. Też jestem nauczycielem, choć niedoszłym, na dodatek polonistą. Po Twoim tekście o akademiach, po stylu pisania itp. sądzę, że też polonistką być musisz. Nie uczyłam w szkole ani godziny za wyjątkiem praktyk studenckich. Po latach w innej branży niestety też się wypaliłam. I jak przypadkowo trafiłam na Twój tekst, to tego, czego Ci pozazdrościłam najpierw, to właśnie odwagi, by pieprznąć to wszystko. Ja takiej odwagi nie mam. A teraz, odkąd mam kredyt, to nawet mieć nie mogę. Chociaż i bez kredytu nie miałabym. Zazdroszczę ludziom, którzy rzucają pracę, tak jak mój kolega niedawno, i to dobrze płatną pracę, która jednak nie rozwija, która drażni, mierzi. Kolega teraz pracuje za granicami kraju, fizycznie, ale już kompletuje sprzęt, aby robić to, co mu sprawi przyjemność, a przy okazji, co pozwoli nieźle zrobić. A ja czuję się jak w takim jutowym, śmierdzącym worku. Kiszę się, duszę się, ale się nie ruszę, bo boję się wolności i bezradności. Los polonistów, z wyboru bezszkolnych, też nie zawsze jest kolorowy. Pozdrawiam Cię i życzę wszystkiego energicznego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale pokrzepiający komentarz! dziękuję i mam nadzieję, że uda Ci się znaleźć coś wymarzonego i co pozwoli Ci na spokojne i stabilne życie zawodowe :) trzymam kciuki!

      Usuń
  28. Redhead - mam podobne myślenie i niedługo miarka mi się przebierze, ale napisz, co robisz obecnie - ustawiłaś się inaczej zawodowo? Domyślam się, że bez szkoły to poezja, jednak łatwo jest Ci/było Ci znaleźć/rozkręcić coś innego? Podziel się i może dodaj wiatru w skrzydła;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja postawiłam wszystko na jedną kartę - na wolność. I po paru dniach od odejścia ze szkoły podjęłam decyzje o wyjeździe do Londynu. Pierwsze dwa miesiące zwiedzałam, bawiłam się, odpoczywałam i rozwijałam swoje pasje. W międzyczasie szukałam wymarzonej pracy. Znalazłam ją i spędziłam tam rok życia. Nie żałuję, wróciłam do ojczyzny z tęsknoty za domem i rodzicami a teraz działam baaaardzo prywatnie i skupiam się na blogu i firmie, którą już niedługo ogłoszę światu :) Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko ludzie którzy Ci to wmawiają ;)

      Usuń
    2. Gratulacje! I sukcesów w nowej firmie!

      Usuń
  29. A teraz z innej strony: rekrutowałam nauczycieli do nowego niepublicznego przedszkola. Na blisko 1000 ofert, które spłynęły, 90% to kosmici a 9% ściemniacze.
    Rodzice, to też nie przybysze skądś. To nasi sąsiedzi, koledzy, koleżanki,... to MY.
    I tak to działa. Tak kółko się zamyka. I naprawdę nie trzeba obserwować rodziców w szkole. Wystarczy wyjechać i przyjrzeć się, jak zachowujemy się chociażby w roli kierowców...

    PS
    Nie chcę być uszczypliwa, ale polonistka co się zowie, nie napisze "tą głupią rzeczywistość" :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie byłam polonistką i za taką się nie podawałam ;)

      Usuń
  30. Ten wpis odzwierciedla w 100% moje odczucia, myśli dotyczące pracy nauczyciela. Aktualnie stoję nad przepaścią. Mam dość. Zawód, któremu się oddałam, zawód, który nazywałam zawodem z powołania teraz przyprawia mnie o wymioty. Papierologia, wymagania których nikt nie jest w stanie spełnić, rozwydrzone, wrzeszczące i mało zdyscyplinowane bachory, roszczeniowi rodzice. DOŚĆ! MAM DOŚĆ! jestem przytłoczona, ogarnia mnie życiowy marazm. Na domiar złego podobne odczucia mają również moje koleżanki po fachu. Jedyne, czego mi w tej chwili brakuje, to chyba tylko odrobina odwagi:)

    OdpowiedzUsuń
  31. Tym wpisem ujelas cale sedno pracy w szkole! Kazdemu sie wydaje, ze to sielanka ale jest tak jak piszesz atakujacy ze wszystkich stron: dzieci, rodzice, dyrekcja i pracownicy. Wieczny wyscig szczurow, kto zrobi wiecej dla szkoly: apele, szukanie sponsorow itp. Ucze 2gi rok i jestem wykonczona psychicznie do tego stopnia, ze biore srodki uspokajajace. Nie wiem czy przerwac ten koszmar czy meczyc sie w badz co badz pewnej budzetowej posadzie? Pozdrawiam wszystkie nauczycielki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że rzuć tę pracę!

      Usuń
    2. Wiadomo, że praca w szkole nie jest słodka. Byłam tylko na praktykach co prawda, ale wiem, czym jest szkoła. Widziałam będąc uczennicą, do czego uczniowie są zdolni. Tylko, co dalej? Gdzieś trzeba pracować. Ja pracuję w sądzie, a mimo to mam analogiczne problemy do Twoich. Wydaje się, że praca w sądzie to 8 godzin i do widzenia, spokój. Otóż bez przerwy robi się nadgodziny, bo pracy jest o wiele więcej, niżeli tych 8 godzin, za które nam płacą. Oczywiście, prezes uważa, że pracy jest tyle, że możemy to spokojnie zrobić i jeszcze odpoczywać, więc nadgodzin być nie powinno. Z tego powodu udaje, że nadgodzin nie ma - nie zapłaci za nie, nie odda wolnego. A gdyby ktoś nie robił nadgodzin, będzie miał kolosalne zaległości, za które idzie na dywanik do prezesa. Wtedy to kierowniczka daje niską notę podczas ocen i figa z makiem, a nie nagrody, czy dodatkowe pieniążki. Urlop? Musisz się o niego prosić. Owszem, dostaniesz, ale tylko wtedy, kiedy pozwolą ci na to koleżanki z pracy. Sama wypłata nie starcza, żeby utrzymać się samemu w wynajętym pokoju. Ponadto chodzimy do pracy chorzy, bo przecież przy takim nawale obowiązków nikt nie zrobi nic za mnie podczas mojej nieobecności. Kierowniczka stosuje nieoficjalne kary po powrocie z L4 w postaci nakazu uporania sie z zaległościami w jeden dzień, co jest niewykonalne - kolejne nadgodziny i kupa stresu, że na przykład nie jest zrobione coś pilnego. Mało tego, za 5 dni L4 można nie dostać 13-stki. Nastrój - kłótnie, krzyki, obgadywanie. Jestem protokolantką, czyli siedzę na sali z sędzią do tej godziny, aż rozprawa sie skończy bez względu na to, czy będzie to godzina 15:00, czy 18:00. Nigdy nie wiesz, o której wyjdziesz z pracy i nawet nie możesz o tym nikogo powiadomić, bo nie masz na sali telefonu. Podczas rozpraw nie wolno nam wychodzić do łazienki, jeść, ani pić. A czasem protokołujemy od 8:45 do ... 17:00 albo dalej. Powodzenia jak ktoś będzie miał dzieci ... Też mam ochotę się zwolnić. Tylko co dalej? Wszędzie jest takie gówno ...

      Usuń
    3. możesz zawsze pomyśleć o własnym biznesie, wtedy nikt Ci nie będzie dyktował warunków i sama decydujesz co i jak zrobisz :)

      Usuń
    4. No niestety - ja prowadzę własny biznes, i chociaż nie mam jako takiego szefa, rynek oraz konkurencja dyktują mi warunki. Warunki i terminy dyktują mi także umowy z klientami, które muszę negocjować i iść na kompromisy. Pracowałam kiedyś jako nauczyciel w szkole, co z reszta miło wspominam, mimo burdelu, jaki tam panował; teraz jeśli nie przyjmę jakiegoś zlecenia, klient znajdzie kogo innego, więc przyjmuję większość i aby dotrzymać terminu zasuwam nocami, a dniami jeżdżę na spotkania, często pod adresy o których wcześniej nie słyszałam, co jest dodatkowym stresem; wysyłam setki maili + odbieram non stop telefony. Odpowiadam na durne pytania i użeram się z konkurencją. Wiecznie upominam się o zapłatę od firm i sądów, które wiszą mi kasę od miesięcy. Prowadzę sama własną rachunkowość i repertorium i wystawiam faktury i rozliczenia, mając nadzieję, że nie robię błędów. Urlopy i zwolnienia chorobowe mam bezpłatne. Jeśli nie pracuję, nikt mi za to nie płaci. Jeśli zatrudnię asystenta/sekretarkę, do wykonywania tych prac za mnie, wyjdę mniej więcej na zero. Jestem tak zmęczona, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie poszukać sobie pracy w szkole ;) ;) Wniosek jest taki, że wkurwiający element znajdzie się w każdej pracy, podobnie jak obgadywanie i kłótnie, znajomości i przydupasy, niesprawiedliwość, nadgodziny i tak dalej.

      Usuń
  32. No niestety nie ma pracy idealnej, wszędzie są jakieś ciemne strony i wszędzie niezbędny jest dystans...bo inaczej człowiek by zwariował...ale jak jest okazja zmienić pracę na ciekawszą to należy zaryzykować i skorzystać.

    OdpowiedzUsuń
  33. Bardzo mi się podoba Twój post, bo sama jestem nauczycielem i wiem jak wygląda praca w szkole "od kuchni". Dodałabym jeszcze wiele innych ciekawych historyjek (np. zmuszanie do prowadzenia nie 2, a 3 karcianek i zostawanie do późnych godzin bo "dzieci chcą mieć te zajęcia, ale im pasuje tylko taka godzina- a ty biedny nauczycielu nie masz nic do gadania). ale i tak rodzice tych "wspaniałych i cudownych" uczniów tego nie zrozumieją. Dla nich jesteś nic nie wartym robotnikiem, którego głównym zadaniem jest wycieranie nosa i (za chwilę) podcieranie dup ich wstrętnych bachorów. Pozdrawiam i życzę sukcesów-ja też powoli zastanawiam się nad zmianą branży.

    OdpowiedzUsuń
  34. Kochana Redhead, uwielbiam Cię za ten tekst, bo właśnie sama się przekonuję by rzucić to w cholerę jasną i nie wiem czy starczy mi odwagi. Na pewno zrobiłaś najlepszą rzecz w życiu! Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dla mnie to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Jeśli masz tak wielkie wątpliwości jak ja - rzuć to w tą cholerę! Inaczej za 20 lat będziesz nienawidzić swoje życie, pracę i człowieka którym się stałaś :)

      Usuń
    2. A ja jeszcze chcę! Mimo 23 lat w zawodzie nadal mam zapał i pomysły. Oczywiście fantanstycznie ujęłaś bolączki naszego zawodu, ale który zawód jest od nich wolny? Pozostaje liczenie do 10, zaciskanie piątek w trudnych sytuacjach. Moja pogoda ducha i humor pomagają bronić się przed zniechęceniem. Pozdrawiam i gratuluję trudnej decyzji.

      Usuń
  35. Jest jeszcze kilka kwestii, które nie zostały poruszone. Autorka skupiła się na relacji nl-uczeń-rodzic, a relacje nl-nl, nl-dyrektor też bywają "przeciekawe". 1. "Kuleżanki" zatrudnione po protekcji. Dostają najlepszy kawałek tortu i się głosno dziwią, że Tobie Twój kawałek średnio smakuje. 2 .Dyrekcja, która nie opanowala podstawowych zasad kultury osobistej podważająca pracę nl przy rodzicach i uczniach. 3 Zdanie-wytrych wszelkiej masci dyrektorów mniejszych duchem, w zasadzie dobre na wszystko: 'Pani sobie nie radzi. Inni /czyt. przydupasy moi/ uczą w tej klasie i takie fenomenalne wyniki osiągają, ba nie mają zadnych klopotów. 4. Dyrekcja, która jak w 2 i ogłaszająca zebranie RP na godzinę przed lub tego samego dnia. 5. Dyrekcja zakochana w słupkach i papierach. I ect ect. Kto da więcej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha "kuleżanki" dokładnie tak jest! :D

      Usuń
    2. A "Kuleżanki" to nie nauczycielki ?

      Usuń
  36. Troche dystansu do rzeczywistości....więcej luzu...zwłaszcza w pracy w szkole :)





    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć !
      ja jestem nauczycielką języka niemieckiego i uwielbiałam swoją pracę . To moje powołanie i nie chodzi o niemiecki tylko o sam fakt uczenia i kontaktu z młodym człowiekiem, na którego mogłam mieć wpływ. To dawało mi frajdę i jak szłam na lekcję to czułam, że żyłam. I to taki absurd, bo ja nie mogę znależć pracy w szkole, bo nie ma godzin.....i amen. Ciężko jest mi podjąć inną pracę od 4 lat jestem bezrobotna.

      Usuń
  37. A ja się czepnę. O jedną jedyną rzecz. Otóż, moim zdaniem nauczyciel jest DLA ucznia, nie odwrotnie, jak sugeruje autorka. Reszta tekstu jest w porządku. Miałam kilkakrotnie nieprzyjemność wyjść z klasą któregoś z moich dzieci jako opieka do teatru/kina/w teren (niepotrzebne skreślić) i na poważnie zastanawiałam czy dzieci to są ludzie czy jakieś dziwne bezmyślno-złośliwe istoty z innej planety

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm...też byłaś dzieckiem nie? Ale no taak przecież teraz dzieci są rozwydrzone a kiedyś to było inaczej. Przestańcie narzekać.

      Usuń
    2. dzieci są teraz zupełnie inne niż były kiedyś, mają inne wzorce, wychowują się w innych środowiskach i większość czasu spędzają socjalizując się z bohaterami ulubionej gry na komputerze lub w internecie. Owszem wszyscy byliśmy dziećmi i wszyscy mieliśmy swoje jazdy, ale czasy się zmieniają, a wraz z nimi też i ludzie.

      Usuń
  38. hehehe, gratuluję odwagi :))
    Też jestem nauczycielem, mianowanym. Staż pracy 8,5 roku z czego po 8 roku poszłam na zdrowotny. W sumie nie wykończyły mnie dzieci a raczej te układy, o których wspominasz, presja i to przeciąganie na tą czy na tą stronę. A ja nie chce być po żadnej po każda ma trochę racji, to bardzo trudne w tym środowisku.
    Na szczęście lubię swoją pracę, chyba mam to coś, zawsze podchodzę z pasją i zaangażowaniem do tego co robię bo to lubię :))) Aczkolwiek nie chciałabym wracać do etapu wczesnoszkolnego, ze starszymi łatwiej mi się dogadać. Ja traktuję ich poważnie i z szacunkiem, oni mnie również. Przynajmniej na razie ;)

    OdpowiedzUsuń
  39. Ja też odeszłam ze szkoły rok temu, bo miałam dość dzieci które nic nie rozumieją, rodzice którzy mają wiecznie pretensje no i cudowna dyrekcja która wchodziła w dupe wszystkim rodzicom i ich rozwydrzonym dzieciom.

    OdpowiedzUsuń
  40. Bardzo dziękuję za ten tekst. Cieszę się, że ktoś w końcu zwrócił uwagę na zupełny brak wychowania zarówno wśród młodzieży, jak i (o zgrozo!!) rodziców. Wstyd mi, że za każdym razem nauczyciele muszą udowadniać, jak ciężko pracują i tłumaczyć się z wolnych wakacji, ferii czy często nie ośmiogodzinnego dnia w szkole. To wszystko jest trudne, ale do zniesienia. Nie można jednak tolerować codziennego poniżania i doprowadzania nauczycieli i opiekunów do granic wytrzymałości. Gdzie tu ludzka godność? Czy tylko uczniowie ją mają??

    OdpowiedzUsuń
  41. Jestem nauczycielem z 30 letnim stażem pracy i zgadzam się ze wszystkim co napisalaś. Pracuję w gimnazjum, jest to najgorszy twór edukacyjny jaki mógł powstać. Jeszcze 20 lat temu dzieci były zupenie inne, Umysły ich były bardziej chłonne wiedzy, nauczyciel jeszcze był jakimś autorytetem, mniej papierów, lekcje kończyły się o 13.35 a teraz.... rzeczywistość, którą świetnie opisałaś. Mam wrażenie, że pracuję z dziećmi, które nazywam "szyby" a ministerstwo wymyśla te wszystkie udogodnienia żebyśmy wychowali ciemnotę, która nie bedzie umiała się nawet podpisać. Osobiście mam pewną petycję do MEN-u , praca w niedzielę, można wtedy przygotowywać dzieci do sprawdzanów, prac klasowych, rodzic sobie odpocznie a nauczyciel nie musi, on tylko musi być do dyspozycji rodzica.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nauczyciel jak lekarz i ksiądz - winien mieć powołanie do tego, co robi. Oprócz wiedzy z swej dziedziny i całego zaplecza metodycznego powinien umieć rozmawiać z ludźmi. Nie sztuką jest wpłynąć na ucznia,wstawiając mu jedynkę, ale sztuką jest wzbudzić w nim zainteresowanie do przedmiotu. Pochwalam jak najbardziej Twoją decyzję - dłużej pożyjesz;) mogłabym się rozwodzić nad każdym argumentem jaki podałaś, ale tylko się pod nimi podpiszę, no poza jednym. Dziecko/uczeń to też człowiek i jeśli w odpowiedni sposób zareagujemy na pewne sytuacje, no możecie się zdziwić z otrzymanych efektów. Znam wielu świetnych nauczycieli i pedagogów,i po obserwacji ich pracy stwierdzam, że dużo zależy od podejścia. I to nie samego ucznia czy rodzica,ale nauczyciela. Jedna z osób wyżej pisała o tym,że uczniowie u kogoś innego mogą siedzieć cicho -mogą. Serio. Wszystko zależy od tego jakie zrobisz wrażenie i na ile uczniom pozwolisz. Pewne granice winno się odrazu wytyczać i być konsekwentnym. Nie mówmy,że100% młodzieży to "trudna młodzież", tracimy indywidualności.. Ech, to temat rzeka. Chciałbym jednak zachęcić do pozytywnego sposobu myślenia, bo mamy wpływ na tę rzeczywistość.

      Usuń
  42. A my do tego wszystkiego na Festynach promujących szkołę musieliśmy smażyć frytki, robić pop corn, smażyć kiełbaski... Tłuszcz, smród, ukrop... nie wspominając, że moja chrzestna matka nauczycielka, sama sobie we wakacje za własne pieniądze malowała klasę, tylko po to, by we wrześniu dowiedzieć się, że dostaje teraz inną.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no proszę, to i takie rzeczy się dzieją.... no frytek to nigdy nie smażyłam, ale ukrop i smród na festynach rodzinnych i szkolnych przerobiłam :)

      Usuń
  43. Genialnie ujęłaś to, w co nikt nie chce mi uwierzyć... Ja pracuję w szkołach językowych, a sprawa wygląda prawie że idealnie jak u Ciebie. Miałam szczególnie problem z jednym siedmiolatkiem, który na pierwsze zajęcia przyszedł, skulił się na krześle i powtarzał na głos "jebać angielski, jebać angielski!", po moich usilnych staraniach mam nadzieję, że się już z nim nigdy nie spotkam... Ale też mam sytuacje, kiedy dziewczynce rusza się ząb i koniecznie musi mi to pokazać, kiedy dzieciak puszcza bąki i koniecznie musi mi to uświadomić, kiedy chłopiec je pączka i tymi brudnymi i klejącymi łapami chce mi coś potem podać... Prawda jest taka, że po takich obrazach odechciało mi się mieć swoich dzieci... Może mi się kiedyś odmieni, zobaczymy. Ale podziwiam za odwagę i rozumiem Cię doskonale!!

    OdpowiedzUsuń
  44. Rozumiem, że system edukacji spada na psy, ale jak się wyrażasz ogólnie o uczniach wola o pomstę do nieba. Nie zadałaś sobie pytania: dlaczego "rozwydrzone bachory" są na Twojej lekcji, a np. na innej siedzą cicho i zachowują się normalnie?
    Odpowiedź: wskazuje to na słabe przygotowanie metodyczne.
    Pamiętaj też, że uczniowie doskonale wyczuwają intencje osób dorosłych; jeżeli traktujesz ich jak niepotrzebny śmieć, oni też Cię będą tak traktować. Poza tym, ciężko nie zauważyć postawy konfrontacyjnej w stosunku do uczniów - takim postępowaniem nie zdziałasz za wiele Znam wiele przypadków, że ludzie siedzą na stołkach pomimo tego, że nienawidzą tej pracy, a co za tym idzie - uczniowie nienawidzą ich. Mam do Ciebie wiele szacunku, że podjęłaś taką decyzję ze względu na dobro swoje i uczniów, bo z całym szacunkiem, ale praca nauczyciela nie jest dla Ciebie. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przygotowanie metodyczne miałam ogromne i to była jedna z moich najmocniejszych stron. Takich wniosków nie powinno się wysnuwać z przesłanek "na Twojej lekcji biegają a na innej siedzą cicho" bo ukazuje to jak mało wiesz o tym, czym jest przygotowanie metodyczne i jaki ma związek z całą resztą.
      I otóż mój drogi czytelniku - na wszystkich lekcjach zachowują się tak samo, taka jest teraz młodzież i nie ma różnicy czy jest to polski, matematyka czy muzyka. Jak zresztą podkreśliłam w tekście, nigdy nie jestem wredna do dzieci, jak coś robię to perfekcyjnie a więc i w tym wypadku zapinałam wszystko na ostatni guzik. Postawa konfrontacyjna w stosunku do uczniów? A to dobre ;) Swoją pracę uwielbiałam, jak każdy młody nauczyciel chciałam ratować świat i być w nim dla dzieci. Niestety nie dało się.

      Usuń
    2. A ja staję w obronie Redhead-drogi Anonimie, nie zdajesz sobie sprawy jak dzieci "irocze i kochane" potrafią być wredne i dwulicowe. Ja dostałam wychowawstwo w klaie gdzie była wychowawzynię te "dzieciaczki" wykończyły psychicznie mnie tez próbowały-zwłaszcza jedna mała szmata (nie boję się użyć tego słowa), która robi wszystko by mnie zdykredytować bo jestem dośc młodym nauczycielem. Od razu zauważyłam, że jest to mała gnida, o dziow wieo tym też dyrekcja-natomiat koleżanka ucząca w tej klasie jakby mogła to by poszła w ogień za tą szmatą, bo ona taka kochana, wspaniała, cudowna... Aż się rzygać chce od słuchania tego...

      Usuń
    3. Mam dokładnie takie samo wrażenie, nie dla Ciebie praca w szkole. Cieszę się, że nie będziesz mojego dziecka uczyć z takim podejściem.

      Usuń
    4. no widzisz, wszystkim wyszło na dobre :)

      Usuń
  45. Przez 11 lat pracowałam w LO, potem 2 lata w gimnazjum i te dwa lata sprawiły że zawód nauczyciela pożegnałam bez większego oglądania się za siebie. Teraz od dwóch lat jestem "nienauczycielka" i dobrze mi z tym :)

    OdpowiedzUsuń
  46. Mam za sobą już 24 lata pracy i rękami obiema podpisuję się pod Twoim postem. Ja mogę zrozumieć, że dzieci - wytwór bezstresowego wychowania- a w zasadzie braku wychowaniiasta, są jakie są. Ale nie mogę zrozumieć tego, że zmusza się nas nauczycieli do pracy, która w żaden sposób nie pomaga dzieciom. Festyny dla sponsorów, władz miasta, gdzie nauczyciele są kelnerami i sługusami. U nas narażonymi na niewybredne żarty np. przewodniczącego rady miasta. Nie mogę zrozumieć w czym może pomóc dzieciom fakt, że po raz kolejny siedzimy popołudniami na szkoleniach, których temat jest nam od dawna znany, bo się sami dokształcamy, ale szkolenie trzeba odbyć, bo firma szkoleniowa należy do szwagra/ teścia/ kolegi dyrektora lub burmistrza. No i te układy, układziki w pracy, donosieciele, którym wolno nie przyjść na lekcję, zapomnieć o dokumentacji szkolnej, pojechać z panią dyrektor na zakupy, bądź w innym celu, niezwiązanym z procesem dydaktycznym. Moja dyrektorka, kiedy słyszy że nie mamy sił bo to kolejne popołudnie zajęte w tym tygodniu, a przecież mamy małe dzieci, przynajmniej niektórzy - odpowiada a ja mam psa...

    OdpowiedzUsuń
  47. Super tekst i bardzo trafne przykłady. Jestem nauczycielem, chcę dalej nim być, jednak przy obecnej sytuacji coraz częściej zastawiam się czy ze mną jest coś nie tak, czy oby nie jestem masochistką pozostając w tej pracy. Dyrekcja czy koleżanki z pracy to nic - da się przeżyć. Ministerstwo jej jakie jest i raczej nikogo mądrego się nie spodziewam. Najgorsi są rodzice - wiecznie roszczeniowi, nic nie dający od siebie, zrzucających na nauczycieli dosłownie wszystko - powinniśmy jeszcze przychodzić do domku dzieci i tam pomagać im w nauce, poczytać książeczkę, nauczyć posługiwać się sztućcami. W mojej szkole miałam dziewczynkę, która w 5 klasie nie umiała posługiwać się nożem, bo rodzice nadal kroili jej wszystko na kawałeczki. A ostatnio rodzice przyszłego pierwszoklasisty byli zaskoczeni, że dziecko ma w szkole prace domowe, a przecież oni nie mają czasu go pilnować, bo sami do późna pracują. Albo chce się mieć dzieci i bierze się za nie odpowiedzialność, albo kupcie sobie rybkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rybkę też trzeba dbać ;-) Lepiej kaktusa ;)

      Usuń
  48. Szkoda, że odeszłaś. Właśnie do zmian w szkolnictwie potrzebni są charakterni belfrzy, którzy nazywają rzecz po imieniu. Bez tego zawsze będzie tak samo. Z drugiej strony jak masz się męczyć i przynosić do pracy jedynie frustrację to z pożytkiem dla atmosfery w szkole i przede wszystkim samej siebie. Zapraszam do korporacji. :)
    Z wyrazami sympatii.
    Piotrek
    Pedagog w korporacji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam Twój komentarz :) Ale za mało nas do tego bałaganu, to znaczy za mało nas - charakternych nauczycieli ;)

      Usuń
  49. A ja kocham tę pracę i w zamian za satysfakcję jakiej nie miałam w żadnej innej pracy jestem w stanie znieść to jak bardzo poświęcam się szkole. Przykro jest mi tylko wtedy, gdy ludzie myślący, że jedynym moim wkładem w domu jest sprawdzanie sprawdzianów i przygotowanie się do lekcji tak łatwo nas oceniają...Dziękuję za ten wpis może niektórym otworzy oczy...

    OdpowiedzUsuń
  50. Od dziesięciu lat uwielbiam pracę w szkole i te "bachory" ja mówię na nie "niedobre, kochane dzieciory". Na szczęście do tej pory udało mi sie trafić na "normalnych" rodziców, a może po prostu to magia mojego przedmiotu (wf). Jednak słysząc od koleżanek z pokoju nauczycielskiego niestety masz rację. Gimnazjum to ciężki okres w życiu młodzieży ale na szczęście (i oby tak dalej było) udaje mi się godzić swój charakter, ich charakter i wychodzi nasz charakter. Nie ma szans na przeżycie nauczycielskie taki nauczyciel który już decyduje przedstawić własne racje a "oni" mają je przyjąć. Nauczyciel takowy ma przezwiska o których pochodzeniu nawet Mickiewicz nie miał zielonego pojęcia, a co dopiero o jego znaczeniu ("Pani jest Fame " czytaj Fejmem - to akurat określenie baaaardzo pozytywne i można się nim chwalić.Innych przytaczać nie będę). Jednak pozostaję przy tym, że lubię te moje dzieciorki i przychodząc do szkoły zamykam dom na klucz i inne sprawy nawet na dwa klucze i skupiam się na tych moich nieokrzesanych, niesamowicie inwencyjnych, "adehadowych" dzieciakach sorry młodzieży. Lubię moją pracę i niech tak zostanie. Jeśli się "wypalę" to też powiem bye, bye. "Wuefiara".

    OdpowiedzUsuń
  51. Jestem nauczyciele, z ledwo 6 letnim stażem, więc jeszcze mam siłę i mi się chce. Ale wszystko to święta prawda...Polska edukacja marnieje z dnia na dzień. Równia pochyła. Jednym dzieciakom się bardzo chce, inne są na tyle pyskate po rodzicach, że uważają, że im się należy, jak psu buda...Czy umieją czy też nie. Ech....

    OdpowiedzUsuń
  52. Pracowałam w szkole przez 8 lat. Uwielbiałam pracę i dzieciaki - chyba z wzajemnością. O tempora, o mores powtarzamy od dwóch tysięcy lat, dzieciaki się nie zmieniają, ich rodzice też nie. Układy, dyrektorzy i kuleżanki są w każdym miejscu - mnie akurat trafili się fajni ludzie. Ale trafiła się też szansa wolty zawodowej, z której skorzystałam.
    Teraz nikt nie powie, że wakacjuję się za pieniądze podatnika, choć mój tydzień pracy jest o połowę krótszy. Nikt już nie zna się na moim fachu tak, jak każdy zna się na edukacji. Teraz, słysząc, gdzie pracuję i co tam robię, ludzie cmokają z uznaniem, choć teraz dopiero zdarza mi się leniwić i czytać cudze blogi na służbowej komórce z internetem opłacanym za pieniądze... klienta, pacjenta, podatnika czy pracodawcy po prostu.
    A ja nigdy, przenigdy nie miałam i nie będę już miała takiego poczucia sensu tego co robię, wielkiej i natychmiastowej satysfakcji - jak w szkole. W szkole odwalałam kawał dobrej - i WSZYSTKIM POTRZEBNEJ - roboty.

    To nie dzieciaki, nie dyrekcja, nie MEN, nie zarobki i nie burmistrz wygoniły mnie ze szkoły. To prestiż społeczny zawodu - albo raczej jego kompletny brak. Nie miałam siły i ochoty udawadniać wszystkim wokół, że to co robiłam - miało sens. I dawało namacalne efekty. Wszyscy wokół wiedzieli lepiej, bo wszak wszyscy znamy się na edukacji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. otóż to, każdy mądry gdy nie ma z tym nic wspólnego.

      Usuń
  53. Święta racja! Podziwiam nauczycieli z trzydziestoletnim stażem, że po tylu latach wciąż przebywają na wolności (a nie w więzieniu przez dzieciaki, które są gotowe się pozabijać lub w zakładzie psychiatrycznym przez dzieci i ich rodziców). Moich uczniów uwielbiam, nieustannie zachwycają mnie swoją bystrością, dziecięcą logiką i energią, która udziela się także i mnie. Natomiast ich rodzice... aż trudno uwierzyć, że to ich rodzice. Wieczne pretensje ("Pani jest od tego, aby on coś napisał na sprawdzianie!" i wiele innych), traktują mnie jak wycieraczkę, robią sobie ze szkoły koncert życzeń, nie przychodzą na zebrania itd.,itp. Mam ich serdecznie dość! Nie wspominając o tym, że przez 10 miesięcy w roku pracuję non stop bo wzięłam na siebie koło, zajęcia k-k, świetlicę (i to nie w ramach KN), a także co najmniej raz w tygodniu spotykam się z rodzicami uczniów, którzy mają problemy z nauką. Po co? Bo mi zależy bardziej niż im. Wracam do domu i przygotowuję się do zajęć do późnych godzin nocnych lub jadę na szkolenie. W weekendy studia podyplomowe, aby być jeszcze bardziej "przydatną" dla szkoły. I również zastanawiam się czy nie rzucić tego wszystkiego... Dwa lata pracy, a ja już widzę swoją przyszłość w białym kaftanie i to z wyszytymi nazwiskami niektórych rodziców, którzy do tego kaftana się przyczynią. Podziwiam odważną decyzję i zazdroszczę tej odwagi!

    OdpowiedzUsuń
  54. Po tym co przeczytałam uważam, że zrobiłaś dobry krok ;) Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  55. Po 6 latach w szkole czuję dokładnie to samo co Ty i także podjęłam decyzję o zmianie zawodu. Jestem gotowa oddać ferie i wakacje bez mrugnięcia okiem bylebym już nie musiała użerać się z bezczelnymi bachorami i ich rodzicami Czuję się "wypalona" tak to właściwe słowo.W tej pracy nie liczy się to ile z siebie dajesz tylko układy, układziki, lizodupstwo. Jeśli chodzi o dzieci ich kompletny brak wrażliwości, ogłady, szacunku do nauczycieli to naprawdę trudno to opisać. Ktoś powie "nie radzi sobie" być może nie chcę już tego roztrząsać ale wiem ,że większość nauczycieli odczuwa to samo , że często czują ,że depcze się ich godność i robią to uczniowie ale za przyzwoleniem MEN bo doprowadziło do tego ,że nauczyciel nie może nic a uczeń może wszystko, że nauczyciel nie ma żadnych praw a gdy ma problem i odwagę się do tego przyznać usłyszy , że widocznie "sobie nie radzi" tak więc woli nikomu nic nie mówić i jakoś sam próbuje co odbija się oczywiście na jego zdrowiu i poczuciu własnej wartości. Gdybym 6 lat temu zaczęła inną pracę dziś miałabym co wpisać w CV a tak dla firmy moje doświadczenie jest tak samo wartościowe jakbym w domu siedziała przez te lata. Gdybym 6 lat temu posłuchała pani od matematyki , która powitała mnie w nowym miejscu pracy mówiąc "gdybym jeszcze raz była młoda NIGDY nie zostałabym nauczycielem" dodam tylko ,że pani ta uchodzi za kosę i świetnego nauczyciela... Ale wierzę w to ,że mi się uda, znam języki mam blisko wielkie miasto i najwazniejsze ogromną motywację by wyrwać się raz na zawsze z tego bagna. Jestem ciekawa autorko bloga czy znalazłaś już nową pracę i jak wypada w porównaniu ze szkołą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nowej pracy nie szukałam bo prawie od razu po odejściu ze szkoły wyjechałam do Londynu zdobywać doświadczenie i spełniać swoje marzenia. I udało mi się. Wróciłam po roku z nową energią, stęskniona za pisaniem, rodziną i teraz rozwijam swój własny biznes.

      Usuń
  56. Super wpis troché ostry ale dobry mysle podobnie i po 20 latach pracy mam zamiar rozstac sie z zawodem ale co dalej ale chyba warto

    OdpowiedzUsuń
  57. Z całego serca gratuluję Ci odważnej decyzji, tym bardziej, że kilka dni temu podjęłam podobną:) Pracuję na zastępstwo jako pedagog szkolny. W rzeczywistości jestem psychologiem klinicystą, tak też pracowałam dotychczas. Jako że pracuję klinicznie na ponad pół etatu, kiedy padła propozycja zastępstwa w szkole (początkowo obiecywano etat psychologa), postanowiłam spróbować. Powiem tak - podziwiam Was, nauczyciele (bez ironii). Jak to wygląda z mojej perspektywy? Ponad 400 dorosłych lub prawie dorosłych osób, które przychodzą do mnie bo np. nauczyciel zauważył jak palili papierosa w drodze do szkoły. Interwencja w klasie bo uczniowie bekali. Pretensje o to, że uczeń, który ma konflikty z prawem i totalny brak motywacji nie chodzi do szkoły. Przecież powinnam COŚ z tym zrobić. W dodatku to COŚ zapisać w 20 miejscach - dziennikach zajęć, listach spraw, kartach indywidualnych uczniów etc. Żądania żebym kilka razy w tygodniu przeglądała wszystkie dzienniki - frekwencję i oceny każdego z 400 uczniów bo "wychowawca może zapomnieć", a w razie niedopełnienia obowiązku awantura, że któregoś niezgłoszonego pominęłam. Do tego pozornie miła atmosfera polegająca na tym, że każdy uśmiecha się do siebie, a powietrze aż drży od wzajemnych pretensji i niezadowolenia. Odkąd pracuję w charakterze pedagoga, prawie codziennie śni mi się, że nauczyciel albo dyrektor mówi mi o jakimś uczniu, a ja nic nie mogę usłyszeć - wstaję zlana potem. Odkąd podjęłam decyzję o rezygnacji, zupełnie inaczej się czuję, odetchnęłam. Doceniłam też moją pierwszą pracę, w której robię to co lubię. Lada dzień zamierzam poinformować o tym Dyrektora i może dociągnąć do czerwca żeby domknąć sprawy. Będę musiała skrupulatnie planować wydatki, ale naprawdę jestem szczęśliwa. Cieszę się, że Ty też:) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  58. Podziwiam Cie za odwagę - większość ludzi narzeka i marudzi, ale pracy nie zostawi, bo się zwyczajnie boi - wiemy jak jest na rynku pracy. I nauczyciele, nie zawsze lubiący swoją pracę, wypaleni zawodowo, wstają rano i z kwaśną miną ruszają do szkoły. Druga sprawa to ta, że zawód nauczyciela nie liczy się na rynku pracy, bo gdzie np. polonistka czy n-lka przedszkola po 5 latach znajdzie pracę? Ubiegając się o pracę pracodawcy patrzą z politowaniem, a doświadczenie jako nauczyciel w ogóle się nie liczy. Myślę, że miałaś dużą odwagę i zrobiłaś to w odpowiednim czasie, bo za kilka lat byłoby jeszcze ciężej rzucić oświatę a jeszcze ciężej odnaleźć się na rynku pracy. A jeszcze moje jedno przemyślenie z obserwacji mojego otoczenia: jeśli ktoś rzucił pracę w budżetowce - inne osoby patrzą i mówią ze zdziwieniem: "jak to? pewna praca w budżetówce, trzynastki, dodatki, wolne weekendy a Ty to wszystko rzuciłaś? Chyba w głowie się poprzewracało? Dziewczyno trzymaj się tej roboty i ciesz się, że ją masz!" - ciekawa jestem czy reakcje z Twojego otoczenia też takie były? Pozdrawiam. Była n-lka, która nie może znaleźć innej pracy :/.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj oczywiście że sporo osób mi tak mówiło, ale ja się za bardzo opinią innych nie przejmuję. To znaczy przejmuje się, gdy jest mi potrzebna i potrzebuje rady. Ale zawsze na początku analizuje swoje pragnienia i tym razem jak zwykle podjęłam dobra decyzję. Wiesz dlaczego? Bo postawiłam swoje dobro i swoje zdanie na pierwszym miejscu :)

      Usuń
  59. A ja z innych powodów chcę zmienić miejsce pracy - kadra ped. (spora większośc) Praca z dziećmi i młodzieżą - ok ale współpraca z kadrą - jest trudna. Mało elastyczności, słuchania, empatii.

    OdpowiedzUsuń
  60. Pracuję w technikum od września 2014 r. Uczę przedmiotów informatycznych. Po miesiącu wypaliłem się zawodowo...
    Ale zostałem przez cały rok, chociaż nie wiem jak wytrzymałem (dziękuję, że jest na świecie piwo).
    Uczniowie w wieku 15-19 lat, na całą klasę 1 albo 2 chce się czegoś nauczyć, reszta gadanie, olewanie, komórki (1000 uwag i ostrzeżeń mają w d.).
    Uczę przedmiotów informatycznych, z czego większość godzin to przedmioty teoretyczne (???). Więc na lekcji siedzi prawie 30 chłopów i słuchają o informatycznych abstrakcjach (???).
    Umiem nad tym wszystkim zapanować, ale wtedy wychodzę ze szkoły jak z kamieniołomu po 10 godzinach pracy... Szkoda, że nie mam baru pod szkołą.

    Olewają, nie noszą zeszytów, komórki non stop, gadanie itp, jak to jeden z kolegów nauczycieli powiedział: " walka z wiatrakami".
    A później na radzie pedagogicznej: no Panie kolego, Pana klasa słabo zdała egzaminy zawodowe, no no...
    Dlatego spier...am stąd po pierwszym roku pracy, zanim mnie zaangażują jeszcze bardziej. Co do dodatkowych godzin to jest tego za dużo, rady pedagogiczne po 4-6 godzin, zebrania, szkolenia nie wiadomo komu potrzebne itp, tylko tracę czas i kasę na paliwo, co do kasy to po 10 latach pracy z dodatkami i zastępstwami można 3000 wyciągnąć, ale wiem, że 2 bym nie wytrzymał...
    Pozdrawiam wszystkich, szukajcie swojego miejsca zawodowego, gdzie będzie satysfakcja z tego co robicie i godna zapłata a także, przede wszystkim mniej stresu!!!

    OdpowiedzUsuń
  61. Czerwiec 2015. Rodzice dzwonią do dyrekcji szkoły, żeby ich dzieciom postawić dopuszczajace, straszą kuratorium. Naciskana przez dyrekcję będę musiała postawić pozytywne oceny pomimo, że są głąbami i bezczelniuchami. Pracuję w szkole już 17 rok, za długo. Bez urlopu zdrowotnego. Zaczynam wariować, kiedy patrzę na otaczajace kłamstwo w polskiej edukacji. Nienawidzę szkoły i nienawidzę uczniów oraz ich rodziców!!! Nie wiem, czy wytrzymam jeszcze rok. Kiedy zrezygnuję będę najszczęśliwszą osobą na świecie. Wszystko, co piszesz to prawda, nawet w średniej szkole technicznej. Żałuję, że zaczęłam pracować w szkolnictwie.Ulało mi się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą ma 1000 %. Ja pracuje w szkole również od 17 lat i zamierzam z niej zrezygnować. Nie uważam, ze jestem za stara na taki krok. Natomiast podjęłam już parę decyzji co do rozwoju zawodowego w trochę innej dziedzinie. Jestem tłumaczem angielskiego, równiez przysiegłym. Na ten blog trafiłam wcale nieprzypadkowo, bo szukałam wpisów byłych nauczycieli, którzy sami zrezygnowali z tego zawodu, a zawsze znajdowałam wpisy, owszem, byłych nauczycieli, ale którzy nie chcieli odchodzić z pracy. Chce dac wypowiedzenie z pracy w czerwcu 2016 roku, ale już teraz intensywnie siedzę w tlumaczeniach i obserwuję, ile przysniosa mi one dochodu. Jeśli nawet tyle, co w nauczycielstwie to warto, bo przynajmniej będę dla siebie szefem, bez okropnych bachorów i ich rodziców. A piszę to jako nauczyciel (mam nadzieję, ze już niedługo nie) pracujacy w mundurowej szkole średniej, gdzie wydawałoby się, że powinna byc dyscyplina, a takiej nie ma.

      Usuń
  62. Jak ja Cię dobrze rozumiem! Ale muszę z czegoś żyć... :( Może uda mi się znaleźć inną pracę? Pracowałam w różnych instytucjach, więc mam porównanie. W szkole największy minus to zszarpane nerwy!

    OdpowiedzUsuń
  63. teraz w pracy nauczyciela nie ma przyjaźni, każdy dąży po trupach do celu aby tylko mieć pracę, ja straciłam ją po 7 latach a w zamian za mnie został "przydupas" dyrektorki będący za mnie za zastępstwo w trakcie urlopu macierzyńskiego. Przykre jest to ze na tych stołkach siedzą tacy ludzie którzy o pracy w edukacji nie mają pojęcia, kuratorium i wydział ma cię w głębokim poważaniu i pozwalają aby placówkę reprezentował ktoś taki co to ucieka przed problemami rodzinnymi w wir pracy i ty w związku z tym też nie masz mieć życia prywatnego. Ciągłe zastraszanie, niezadowolenie i gadki typu jak Ci nie pasuje to się zwolnij. Skarga napisana przez kadrę..dyrektor może mieć zły dzień a to ze terror prowadzi od początku swojej sfałszowanej kadencji mają w d.... Przerażał mnie powrót do takiej atmosfery ale za coś trzeba żyć a teraz jestem bez pracy, z małym dzieckiem i kredytem na mieszkanie a jak szukam nowej w swojej branży to na słowo dziecko najczęściej słyszę zadzwonimy:( Poza tym przez okres dwóch lat sporo się pozmieniało co mnie nie dziwi na gorze., teraz aby pracować w przedszkolu 5-letnie studia z pedagogiki i podyplomowe nie wystarczą. Trzeba być wszechstronnie uzdolnionym (najlepiej wszystko w jednym - rytmika, j.obcy, logopedia pewnie wszystko w ramach tych tylko 5 godzin w czynach społecznych) Ten angielski obowiązkowy już u 3-latków do 2020 roku to chyba tylko po to aby zaraz po maturze spierdzielać z tego kraju za chlebem za granice bo tu przyszłość nie jawi się kolorowo nawet dla ludzi po studiach. Gratuluje odwagi w podjęciu takiej decyzji i życzę powodzenia...

    OdpowiedzUsuń
  64. Powiem tak, gratuluję szczerości i poczucia humoru.Jestem nauczycielem w podstawówce i ten sam shit!! Wszędzie roszczeniowi rodzice,wyzyskująca kadra kierownicza i psie pieniądze- dodatek motywacyjny po ósmym roku pracy 3%, raz nagroda dyrektora i 1500 na rękę co miesiąc, płakać się chce. Skąd tak mało - bo nie jestem w gronie lizusów!!!!!!!!! Dodam że nie próżnuje, zasuwam jak motorek, zajęcia społeczne, SU, imprezy szkolne........po pracy nie mam czasu i siły dla własnych dzieci....również myślę o zmianie:)

    OdpowiedzUsuń
  65. Szanowni Państwo.... nie ma sensu prowadzić tu z Wami dyskusji. Jesteście niekompetentni. Winą za to co się dzieje w szkołach jest kultura grypserska,ktora w specyficznej formie kiełkuje i żyje w szkołach gimnazjalnych i średnich, zwłaszcza tych zawodowych. W gimnazjuim powinien być zatrudnbiony pedagog z zakresu resocjalizacji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Resocjalizacja :-D No błagam. Jakiś żart? Nie ma psychologów, logopedów, terapeutów pedagogicznych. Znaczy są. Nawet socjoterapeuci na KNach :-P Resocjalizacji się zachciało... Tu trzeba nad rodzicami pracować. To jest jedna z przyczyn, dla której uważam podzielenie procesu edukacyjnego na trzyletnie etapy w różnych szkołach za totalne nieporozumienie. Rodzice tak jak ich dzieci muszą przyzwyczajać się do zmian, a im człowiek starszy, tym trudniej. Żeby była jasność. Jestem nauczycielem. Brak kultury to jednak tylko pół prawdy. Te dzieci nie mogą zachowywać się tak jak my w ich wieku. Znam świetnych n-eli w gimnazjach, którzy szukają drogi. Znajdują. Jasne, że nie zawsze, ale często. To ci, którzy porzucają przeszłość, przyzwyczajenia i podążają z dzieciakami. Najgorzej, gdy 'Jaś ma w dupiu wszystko' fakt. Napiszę, że w każdej klasie jest taki Jaś i odkąd pamiętam, był nawet w '88 roku. Tyle, że rodzice nie mieli odwagi powiedzieć mu 'twoja sprawa jak masz w dupiu'. Mówili 'póki jesteś u mnie, w dupiu możesz mieć tylko to, co każe nauczyciel'. Wychowujmy rodziców :-) Ja lubię moją pracę. Realizuję się. Papierologia mnie wkurza i inne pomysły kosmiczne, ale śmiech dzieciaków, które widzą cień na ścianie i ich 'wooow' wszystko wynagradza.

      Usuń
  66. Też jestem byłym nauczycielem i odeszłam z wyżej wymienionych powodów. Wszycy znajomi uważali, że zwariowałam rezygnując z tej posady bo przecież nie ma nic lepszego jak praca w szkole. Teraz jestem niezestresowanym i szczęśliwym bezrobotnym rozkręcając własny interes.

    OdpowiedzUsuń
  67. Zgadzam się z wpisem absolutnie!!!
    Dodam tylko, że praca w niepublicznej placówce edukacyjnej (np. w prywatnym przedszkolu) wiąże się z pracą 8 godzin dziennie i można sobie pomarzyć o wolnych wakacjach lub feriach... Nawet zasranego 2 maja trzeba przyjść do pracy, nie wspominając o okresie po Bożym Narodzeniu... Ja po 3 latach pracy w przedszkolu bardzo żałuję, że wybrałam te studia i ten zawód. A na praktykach było tak miło... Rzeczywistość jest bolesna.

    OdpowiedzUsuń
  68. Jestem nauczycielką od 20 lat (po polonistyce z uprawnieniami do nauczania informatyki). I w pełni się z Tobą zgadzam. Drugi rok uczę w podstawówce (wcześniej były cały czas gimnazja - liczba mnoga, bo albo zamykali szkołę, albo redukowali etaty... Ciągle coś.) Wszystko się zgadza. W gimnazjach chamstwo na potęgę. W podstawówce nieco lepiej, ale widać już wstęp do chamskich zachowań. Za to maaaasa hałasu i nieprawdopodobne roszczenia rodziców. Do serii śmiesznych historyjek: wczoraj chłopiec z I klasy zastrzelił mnie tekstem: "Niech pani przyjdzie. But mi sie rozwiązał". I wytknął nogę ze sznurówką do zawiązania, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, że nauczycielka ma zrobić pokłon i zawiązać buta. Na chwilę dosłownie mowę mi odebrało.
    Przyznam, że zaczynałam pracę w szkole z pasją, ale teraz nie wiem, jak do emerytury wytrzymam. Żałuję wyboru tego zawodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, ale u dziecka z 1 klasy podst. nie można jeszcze mówić o chamstwie. Tu należy pedagogizować rodziców. Jeżeli nie mieli czasu nauczyć go wiązać butów, na pewno mają pieniądze, żeby załatwić mu korki z tego " przedmiotu". I jeszcze z kultury osobistej. A takie dziecko jest po prostu biedne i wyrośnie na kalekę życiową prawdopodobnie. I to rodzice będą musieli się z nim użerać całe życie. Często to uświadamiam na zebraniach i świadomość tego pozwala mi nabrać dystansu do niektórych sytuacji.
      Ja mam to szczęście, ze od kilkunastu lat uczę w tzw. dobrym liceum, chociaż też zdarzały mi się różne kwiatki. Przez gimnazjum też przeszłam. Podziwiam nauczycieli SP i gimn. Gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności w swoim czasie, pewnie też dziś robiłabym coś innego albo wypalałabym się zawodowo.

      Usuń
  69. Czy naprawdę nie jest możliwe zachowanie zasad ortografii w blogach i komentarzach do nich? Przecież wypowiadają się tu ludzie wykształceni, mający uprawnienia do uczenia innych, a niektórzy języka polskiego, a to zobowiązuje. Znaczna część błędów wypływa ze zwykłej niedbałości. Trzeba jej unikać, jeśli chce się byś traktowanym poważnie i przekonać kogoś do swojego (niejednokrotnie słusznego) punktu widzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haniu nieużywanie polskich znaków to jeszcze nie koniec świata. Dla mnie liczy się opinia czytelników, a nie ich ortograficzna kompetencja ;)

      Usuń
  70. Cieszę się, że nie jesteś już nauczycielką i nie będziesz już uczyć...tak patrząc na osoby, z którymi chodziłam do szkoły, a które zostały nauczycielami to nie dziwię się że poziom nauczania spada .....zbytnią inteligencją nie grzeszyli, przy dobrych "korzeniach" przepychano ich z dość dobrymi ocenami, później podrzędne liceum i studia (zazwyczaj zaoczne) w jakiejś tam wyższej szkole nicości ......i taką mamy kadrę........ a jak ci się wydaje że w innej pracy to sielanka to idź i zobacz, a docenisz te bachory..........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak fajnie się kogoś obraża, będąc anonimowym i nie mając pojęcia, jak rzeczywiście wygląda od środka sytuacja nauczyciela w szkole... Ja akurat znam to z autopsji i wiem, że w tym, co napisała autorka, NIE MA ANI MILIGRAMA PRZESADY.

      Usuń
    2. Pracowałam w wielu miejscach, szukałam tego upragnionego zawodu i znalazłam go. Ani przez sekundę nie tęskniłam i nie miałam wątpliwości żeby wrócić do pracy w szkole. A tak przy okazji wspomnę, że te szkoły nicości i podrzędne studia, liceum itd kończą też rodzice ;)

      Usuń
  71. Rozumiem część o uczniach - współczuję i podziwiam (jednak podejrzewam, że za mój podziw przyjdzie mi zapłacić kiedy moje dziecko zacznie przygodę szkolną - zapewne zostanę wrzucona do jednego wora z tymi roszczeniowymi rodzicami a moje dziecko na tym tylko straci)
    Odpowiedzialność za ucznia - mam wrażenie, że 20 lat temu również nauczyciel odpowiadał za ucznia podczas obecności w szkole. Moja mama była etatową mamą, która jeździła na wycieczki w roli opiekuna, przed każdym takim wyjazdem podpisywała papier o odpowiedzialności jaką ponosi za dzieci. Hmm...nie wiem gdzie tu jakaś nowość.
    Uważam, że wakacje i ferie (choć tych pewnie nie odczuwacie - szybko mijają, mój urlop letni 14dniowy też szybko mija) są potrzebne nauczycielom - muszą kiedyś odpocząć od tego gwaru, dzieci itp. Proszę bardzo. Jednak pomimo tego wszystkiego niestety nauczyciela postrzegam jako całość już nie tak dobrze, nie mogę znieść tych narzekań na nadmiar prac tzw. poza lekcyjnych! Przepraszam bardzo, ale mój tydzień pracy za etat ma 40 godzin, a nie 18 godzin, a wynagrodzenie często specjalnie nie odbiega o tego nauczycielskiego (również po studiach wyższych, rynek pracy wygląda jak wygląda, ludzie potrzebują pracy i przyjmują ją również po niskich stawkach). Nienawidzę więc tych stwierdzeń ile to macie roboty jeszcze po lekcjach - macie jeszcze te 22 godziny do dyspozycji, które ja muszę pracować, żeby dostać podobne wynagrodzenie. Posiadacie więcej niż jeden etat? A to już Wasz wybór, ja też mam 1 1/2 etatu, pracuję po nocach, po to by zbierać papiery, doświadczenie i by w przyszłości móc mniej pracować za większą stawkę. Tylko o innych zawodach niż nauczyciele się o tym nie mówi.
    P.S. Też mam dziecko, męża i dom do posprzątania. Na szczęście jeszcze babcie, która zdejmuje z barków nauczycieli ten ciężar wychowywania mi dziecka przez 10h na dobę.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzena masz rację, że w innych zawodach może być podobnie. Ale ja skupiłam się na temacie, który bezpośrednio mnie dotyczył. Trzymam kciuki żeby wszystko się udało i żebyś w przyszłości spełniła swoje marzenia i mogła pracować za taką stawkę jaka Cię usatysfakcjonuje :)

      Usuń
  72. Ok, wszystko jasne i do zrozumienia kiedy też się jest nauczycielem. Ale co dalej? Ciągle zachodzę w głowę, że skoro nie nauczycielem, to kim bym mogła być. Jaki zawód teraz pani wykonuje. Bardzo proszę o odpowiedź

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuleczko ja zadałam sobie proste pytanie co dalej? i nie umiałam na nie odpowiedzieć. A potem mój mąż zapytał mnie "co byś chciała w życiu robić?" i wtedy wszystko stało się dla mnie jasne. Poświęciłam rok na to, żeby wyjechać i się dokształcić, doczytać, kupić to co niezbędne i zebrać pieniążki potrzebne mi na własną wizje. Narazie nie mogę napisać co to jest ponieważ wszystko dopinam na ostatni guzik i chce ogłosić to światu jak już będzie gotowe, już niedługo. Ale po krótce powiem tylko, że wzięłam swoje życie w swoje ręce i otworzyłam własną firmę. Było ciężko, bardzo na początku. Mało pieniędzy, czasu, z początku mało pomysłów. Ale nie wolno się poddawać, spiełam poślady, powiedziałam sobie że nikt za mnie życia nie przeżyje i trzeba próbować, ryzykować i walczyć o swoje. Udało się. 90% sukcesu to nastawienie i chęć do zmian, reszta się uda, trzeba być tylko konsekwentnym :)

      Usuń
  73. Dlatego do szkoły powinni iść nauczyciele z powołania. Ja jestem na razie po praktykach w podstawówce, obecnie jeszcze robię gimnazjum i liceum i na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że jest to moja wymarzona praca. Może i roboty jest dużo, kasy będzie mało, a odpowiedzialność ogromna, ale wiem, że mogę coś zmienić. Mogę przyczynić się do tego, by dzieciaki zmieniły zdanie o nauczanym przedmiocie. Z tym, że tego trzeba chcieć i włożyć duuużo wysiłku do osiągnięcia celu. Wiele razy do późnych godzin nocnych robiłam pomoce dydaktyczne, by lekcje były ciekawe, a nie nudne jak flaki z olejem. Efekt? Nawet najgorszy uczeń u mnie był grzeczny, lubił te zajęcia i nie miałam z nim większych problemów. Na ostatnich zajęciach uczniowie byli smutni, że już więcej do nich nie przyjdę (przez prawie cały semestr przychodziłam raz w tygodniu, więc się przyzwyczaili). Jednak to ich uśmiechy, gdy przyszłam w następnym roku do ich klasy (już jako do pierwszej gimnazjum), to było coś najpiękniejszego! :) Ta praca uskrzydla, można się kreatywnie wyżyć, jest to wyzwanie :) Jednak trzeba to lubić - bez powołania mogą tu rzeczywiście same problemy się mnożyć, które ciężko jest przeskoczyć.
    Jeżeli Tobie nie pasowała ta praca, to dobrze, że miałaś odwagę z niej zrezygnować, nie ma się co męczyć. Sama nie wiem, jaka mnie czeka przyszłość - na razie jestem szczęśliwa z wyboru zawodu, a czy tak będzie do końca, to się okaże ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę się odnieść do Twojej wiadomosci. Bardzo sie sieszę, że odnalazłaś się w tym zawodzie. Być może rzeczywiście to jest Twoje powołanie i będziesz ten zawód wykonywać chętnie aż do emerytury. Ale to było też moje powołanie. Na wszelkich praktykach szło mi świetnie, byłam przez wszystkich chwalona, uczniowie mnie lubili i szanowali, a ja myślałam że Pana Boga za nogi złapałam. I to nie były praktyki 2-dniowe, ale trwające wiele miesięcy. Potrafiłam sobie poradzić z uczniami, uwielbiałam przygotowywać lekcje i materiały, a jeszcze bardziej prowadzić zajecia...
      Kiedy zaczęlam naprawdę pracować w szkole, moje poglądy zostały natychmiastowo zmienione. W dalszym ciągu potrafię utrzymać dyscyplinę i lubię prowadzić lekcję, ale czerpię z tego coraz mniej satysfakcji bo mam po prostu związane ręce! Mam spokój w klasie, nie drę sie na dzieci, ale zwracam uwagę w razie potrzeby - bach! Dyrekcja przeprowadza ankietę w której jest milion pytań w stylu "Czy lubisz Pania?" "Czy Pani wprowadza miłaą atmosferę?"... Więc natępnym razem zanim zwrócę uwagę dziecku muszę się 2 razy zastanowić. Bo dziecko zaraz sie obrazi, że Pani je upomina i nie omieszka o tym wspomnieć w ankiecie. Paranoja! Jak nie ankiety to rodzice ze swoimi, czesto absurdalnymi, pretensjami. Już nie wspominając o dyrekcji, innych nauczycielach, którzy niekoniecznie służą nowemu pracownikowi pomocą... Wiem, że trudno w to uwierzyć komuś, kto jeszcze nie zderzyl sie z prawdziwym obliczem szkoły, ale ja, mimo że wciaż uwielbiam uczyć, nie chcę już dłużej pracować w szkole. Przynajmniej dopóki nie pozwolą mi uczyć,a nie wchodzić wszystkim w dupę i upewniać się czy aby atmosfera jest dostatecznie przyjazna.

      Usuń
  74. Nie jestem nauczycielem, ale pracuję w szkole więc temat nie jest mi obcy. Ma Pani rację w bardzo wielu rzeczach - dzisiejsze dzieci nie są nauczone szacunku dla nauczycieli, dlatego mamy co mamy. Ale z tego co wiem nauczyciel pracuje 40 godzin z czego np.18 godzin "przy tablicy", więc nie rozumiem zarzutów, że coś robi Pani za darmo. To chyba nie do końca tak. Pozdrawiam. Asia

    OdpowiedzUsuń
  75. Jestem nauczycielem od 33 lat. Doskonale rozumiem moja młodszą koleżankę. Często myślę tak samo, może nie nazywam rzeczy tak dosadnie, ale po tylko latach pracy uodporniłam się. Przetrwałam edukację swojego dziecka w szkole państwowej i prywatnej (różnica niewielka, poza kosztami). Nieodmiennie irytuje mnie wysłuchiwanie komentarzy od osób niemających związku z oświatą o tym, jak to nauczyciele pracują po 18 godzin i mają tyle wolnego. Mam pecha, ponieważ jestem polonistką, a nie nauczycielem np. wychowania fizycznego. Po kilku godzinach pracy w szkole przynosiłam do domu pracę domową w postaci zeszytów, klasówek, prac klasowych, sprawozdań, a w przypadku polonisty (bo tylko oni potrafią widocznie pisać) protokoły z licznych zebrań kadry pedagogicznej. Gdy udawało mi się do wieczora uporać z siatą pełną niespodzianek, wydaniem obiadu rodzinie, ekspresowym sprzątaniem, pomocą dziecku przy pracach domowych, zasiadałam do przygotowania lekcji na dzień następny, sprawdzianów, klasówek, pomocy dydaktycznych. I tak dzień w dzień. Sporo z tego czasu musiałam przeznaczyć też na niekończące się zebrania szkolne, spotkania z rodzicami i oczywiście podnoszenie kwalifikacji. Kiedyś dwa miesiące wakacji wystarczały mi na regenerację sił, teraz i rok by nie wystarczył, a mamy jeszcze dodatkowe godziny darmowe (tzw. karciane) obwarowane szczegółową i pracochłonną dokumentacją. Po tylu latach mam serdecznie dosyć, nie mam tylko odwagi na zmianę pracy. Przyzwyczaiłam się, rodzina też zaakceptowała fakt, że matka po powrocie z pracy zabiera się do pracy i nie ma czasu ani ochoty na rozmówki domowe. Wiec szlag mnie trafia, gdy czytam takie mądrości, które napisała moja poprzedniczka, że ona też po pracy musi zająć się domem i dzieckiem. Fajnie. Ja też bym chciała, tylko że nie mam kiedy. I na pewno nie zarabiamy tyle samo, bo ja po tylu latach, mając najwyższe kwalifikacje, dociągam do 2500. Szał, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  76. Do tego wszystkiego zapomiałaś dodać o całej grupie "pan dyrektorek" w szkole czyli....WOŹNYCH i tym podobnych. Bardzo czesto podpieprzaja nauczycieli do dyrekcjii i wszystko wiedza najlepiej. Mimo, ze przenioslam sie ze szkoly do przedszkola bo jednak tam rodzice nie sa jeszcze tak roszczeniowi to i tak nie jest wiele lepiej, Wychodzi na to ze po skonczeniu 5letnich studiów podcieram nosy i tyłki dzieciom...a przeciez wykształcenie mam to samo co koleżanki w szkołach. No i hit: moje wspołpracownice (woźne,pomoce itp) dzis obrazily sie na mnie bo nie chcialam wyrzucic smieci i zmywac naczyn po obiedzie :)

    OdpowiedzUsuń
  77. czytając ten artykuł napisany w sposób prostacki na poziomie szkoły podstawowej aż się zagotowałam. Całe szczęscie nie jest Pani już nauczycielem bo skoro określa Pani dzieci bachorami i na dodatek niewychowanymi wystawia sobie Pani sama ocenę bo niestety ale w dzisiejszych czasach nauczyciel też odpowiada za wychowanie. Akceptacja rodziców oraz dzieci zależy przede wszystkim od n-la, a wg. mnie nie była Pani autorytetem ani dla jednych ani dla drugich... wolne?? w szkole nie da się ukryć jest mnóstwo wolnego i w porównaniu do normalnej pracy gdzie pełen etat to 40h tygodniowo to w szkole jest o niebo lepiej. Festyny, występy jeśli to pasja sprawiają niesamowitą frajdę. TAK JESTEM NAUCZYCIELEM i też znam sytuację od środka i wręcz śmiać mi się chcę gdy czytam takie bzdury jakie Pani tu wypisuje. Jak widać nie każdy powinien pracować z dziećmi i tyle, bo w moim przypadku to przede wszystkim pasja a nie praca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma nic gorszczego niz taki nawiedzony nauczyciel jak Pani...prowadzenie festynów to frajda? A zycia poza praca to Pani nie ma? Jestem nauczycielem i uważam ze wolnego jest w sam raz zeby się zresetować i wrocic do dzieci naładowaną nowymi pomysłami i energią ale bez przesady nie jest to zawód idealny.

      Usuń
    2. no to skoro się pani tak szybko gotuje to nie polecam moich innych artykułów ;)

      Usuń
  78. 3 lata pracowałam w gimnazjum i potwierdzam wszystko co zostało napisane. Niestety powołanie szybko znika gdy uczeń moze opluć, popchnąć, wyzywać a nauczyciel ma to pokornie przyjmować bo rodzic i tak poklepie po ramieniu... Nie wiem czy wrócę do tego zawodu...

    OdpowiedzUsuń
  79. By być nauczycielem trzeba mieć powołanie. Człowiek, który pisze tak jak Pani jest tylko urzędnikiem państwowym (roman i jego magiczne dekrety...). Mój wychowawca z gimbazy też był miłym człowiekiem, ale jakoś nie bronił nas przed innymi nauczycielami. Mój wychowawca wypominał nam jak to ciężko mu było zebrać fundusze na wycieczkę i on się kolejnej nie podejmuje. Był w zasadzie takim 24 letnim szczylem, jakim jestem teraz...10 lat różnicy między wychowankami to stanowczo za mało.
    Moja wychowawczyni z sp - zwracała nam uwagę gdy coś źle robiliśmy. Nagradzała za dobre zachowanie. Brała nas na wycieczki tak płatne jak i względnie bezpłatne (pójście 10 km do lasu i ewentualne zezwolenie na kupno przez dzieciaki jakichś zapiekanek - typowa przypadłość szkolnych wycieczek) w punkcie docelowym. Po prostu była substytutem rodzica. Różnica wieku - na bank różnica wynosiła wtedy 30 lat...Piszę tak na oko.

    Obie osoby w czasie pełnienia pieczy nad moją klasą nie posiadały dzieci czy małżonka czekającego na obiad/małżonki z obiadem. Jakieś życie prywatne miały. No, ale założonej podstawowej komórki społecznej już nie.
    Nauczyciel akademicki: a państwo to wiedzą ze szkoły - zgadzam się, większość tak
    Nauczyciel zwykły: a zrobicie sobie sami tę lekcję. Da fuck?

    OdpowiedzUsuń
  80. Droga Kobieto Niezwykla, ostro polecialas. Ale to mnie utwierdza w przekonaniu, ze dobrze sie stalo, ze nie zostalam po mamie nauczycielka.. Zawsze uwielbialam j. polski i chcialam go uczyc. Ale wbijajac wiedze opornym do nauki, pewnie bym szybko pozalowala i nocami plakala w poduszke z zalu. Niestety, wiekszosc mlodych nie chce sie uczyc. Sa 'wrednymi bachorami, bo maja takich samych, beznajdziejnych rodzicow.
    ja tez rzucam prace, ale pracuje w innej branzy. Tez, pomimo ciezkiej pracy, znoszenia obrazliwych tekstow kientow, a do tego traktowania pracownikow po czesci jak niewolnikow, mam dosc. Jestem ciezko pracujaca, uczciwa osoba, ktora naprawde starala sie byc fair w stosunku do pracodwacy. ale tego za wiele. w tej firmie dobrze maja ci, co sobie nie dadza w kasze napluc i maja 'wyrabane' albo tzw. przydupasy szefa/szefowej. ci, co ostro haruja i sie bardzo wszystkim przejmuja, maja przerabane. mam wyzsze wykstzalcenie, a wykonuje prace dla kazdego. Pora piac sie w gore.
    Swoja droga- jesli zdecydujesz sie na dzieci, zycze ci, zeby nie byly takimi samymi bachorami, bo roznie to bywa ;-). ja swoich nie mam i chyba sie nie zdecyduje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PP domyślam się, że w innych zwodach jest podobnie i może być ciężko ;) co do dzieci - na razie o tym nie myślę, ale kto wie co przyszłość pokaże? ;)

      Usuń
  81. Dobry tekst oddajacy rzeczywistosc; bylem nauczycielem 10 lat...kurwa ile mnie to kosztowalo...pelen ambitnych planow rzucilem sie w wir pracy. Na dzien dobry, dostalem prace w "prywatnym sektorze" z klasami OHP. Wtorki i srody byly dla mnie nieustajaca walka, staralem sobie to wszystko poukladac i zrozumiec...ale za kazdym razem gdy odslonilem garde dostawalem "kopniaka w ryj", do tego zero wsparcia od jasnie pana dyrektora spowodowalo, iz opuscilem ten sektor i przenioslem sie do "budzetowki"; majac nadzieje na lepsze jutro...jakiz ja bylem kurwa glupi...roznica niewielka czasami zadna. Bylem swiadkiem/uczestniczylem we wszystkim co wyzej opisalas (podal bym przyklady od ktorych zjezylby sie wam wlos na tylku...)
    Bez cienia watpliwosci zrezygnowalem z cieplej posadki i wyemigrowalem; jako osoba z wyksztalceniem pedagogicznym zostalem doceniony przez mojego szefa, powiedzial ze "byloby glupim posunieciem niewykorzystanie mojego potencjalu"! - te slowa powiedzial do mnie anglik ktorego znalem od 3 miesiecy! a nigdy nie uslyszalem z ust mojego dyrektora. Teraz "nauczaniem" zajmuje sie w wolnej chwili, hobbystycznie.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na emigracji człowiek jeśli mądry, to doceniany jest bardziej niż w rodzimym kraju i zawodzie prawda? Dobrze przeczytać, że jest więcej osób takich jak ja, że się ze mną zgadzacie, że doświadczeni i bogaci stażem koledzy po fachu myślą tak samo!

      Usuń
    2. Ja zupełnie inaczej teraz postrzegam szkołę i nauczycieli, dochodzę do wniosku że podchodzą z totalną olewką. Tak jakby im kompletnie nie zależało na pozytywnych wynikach w nauce dzieci. Ważne tylko przerobić materiał i gnać do przodu, nie ważne że są dzieci ktore sobie gorzej radzą, akurat mam 2 synów, starszy nie miał problemów z nauką w szkole podstawowej, wręcz dobrze się uczył, problem zrobił się w Gimnazjum (ale nie ważne). Młodszy z kolei - nie ma aż takich zdolności, język obcy nie wchodzi mu do głowy, ma wolniejsze tempo pracy i pani z tego powodu już si,ę denerwuje bo nie pracuje jak nakręcony...Dzieci sa różne, ja tez w klasie miałam kolegów tych wzorowych i tych co uważali że Cesarz był królem, ale wszystkie były wyciągane za uszy przynajmniej na 3 . Teraz nauczyciel ma wszystko gdzieś, dziecko słabiej przyswaja wiedzę - jego problem, Po co jakieś dodatkowe lekcje?

      Usuń
    3. Ale jakie dodatkowe lekcje?! Za darmo, po godzinach? I tak pewnie nie jeden rodzin by się za takie cos obraził, bo przecież jego dziecko nie potrzebuje żadnych dodatkowych lekcji.

      Usuń
  82. Kocham Pana Panie Sułku powinno brzmieć, a ja powiem Kocham Panią za ten tekst, tego mi trzeba było:) Bo jak to powiedział moj nowy znajomy nie mozna jechać na koniu ktory pod toba zdycha. Dzięki czas na zmiany - nauczycielka z 20 letnim stażem pracy :)

    OdpowiedzUsuń
  83. Dzieci są, jakie są i gdyby nauczyciel mógł cokolwiek, dały z nimi radę. Dużo gorsi są roszczeniowi i oskarżający o wszystko rodzice. Cokolwiek się stanie - winny nauczyciel, dziecko się nie uczy - winny nauczyciel, dziecko nie odrabia zadań - co za wymagania ma ten nauczyciel. A nauczyciel ma być cudotwórcą i do tego robotem bez uczuć i nie ulegający zmęczeniu pracując grubo ponad 40 godzin w tygodniu w potwornym hałasie i ciągłym stresie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie jak dziecko się nie uczy, winny rodzic! Za mało się z dzieckiem pracuje w domu!!!

      Usuń
  84. o bOŻE Z UST MI WYJĘŁAŚ KOBIETO TE SŁOWA,DORZUCE JESZCZE OD SIEBIE CAŁE TYGODNIE W PRACY PO 12 GODZIN OD 7 DO 19 I TAK OD PONIEDZIAŁKU DO CZWARTKU A CZĘSTO W PIATEK O 15 RADA PEDAGOGICZNA.jESZCE SIĘ TRZYMAM I NIE MOGĘ RZUCIC PRACY BO MAM KREDYT HIPOTECZNY ALE BARDZO ZACZĘŁA M PRZEKLINAC W TYM ROKU SZKOLNYM ,dO TEGO DYREKTORKA BEZ RODZINY, DZIECI SPĘDZAJĄCA KAŻDĄ CHWILĘ W PRACY.nIE WIEM ILE JESCZE DAM RADY ALE OD 5 LAT SZKOŁA TO DLA MNIE NAJGORSZE MIEJSCE NA ZIEMI GDZIE NIE SZANUJE SIĘ PRACOWNIKA, A NAGRADZA TYCH CO NIC NIE ROBIĄ I TO BOLI NAJBARDZIEJ, GDY DOSTAJESZ W DUPĘ ZA SWOJĄ UCZCIWA PRACĘ.pOZDRAWIAM I ZAZDROSZCZĘ WOLNOŚCI.

    OdpowiedzUsuń
  85. a do tego trzeba dodać niskie płace, pracę i przygotowania w domu. Przekleństwo "Obyś cudze dziecko uczył" w dzisiejszych czasach niestety jest trafione :(

    OdpowiedzUsuń
  86. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  87. Brawo!!! Przemyślenia godne "młociarza", ale trafne!
    Wytrwałości życzę! :)

    OdpowiedzUsuń
  88. Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebowałam właśnie takich słów! Czytanie tego artykułu było jak odczytywanie własnych myśli :) Jeszcze 2 miesiące i dzięki Bogu będę mogła dołączyć do grona, które zbyt ceni swoje zdrowie psychiczne i fizyczne, aby pozostać w szkole na dłużej, Odliczam każdy kolejny dzień do końca stycznia! Pracuję w gimnazjum, w którym na dodatek młodzież jest przepiekielnie wyjątkowo trudna i cóż... niezbyt rozgarnięta. Najbardziej szkoda mi tych kilku dzieciaków, które są naprawdę inteligentne i ambitne, a tracą na tym, ze nauczyciel przez 3/4 lekcji uspokaja resztę ;/

    OdpowiedzUsuń
  89. Post ostry, post zdecydowanie nauczyciela bez powołania :) tylko taki ma siłę zmagać się z tym wszystkim o czym piszesz. Gimnazjum to nie koniec świata :) zawsze można spróbować gdzie indziej. Jestem nauczycielem, pedagogiem specjalnym. Praca wypalała mnie do cna, nie dawał żadnej satysfakcji, niskie płace, ciężki klimat w szkole ale..... wystarczyło zmienić placówkę i specjalizację z oligo na zwykłą pedagogikę przedszkolną. I dziś mogę nazwać siebie nauczycielem z powołaniem, z misją :) tak tak to cudowne uczucie, idę z radością do pracy (no może poza dniami gdy dopada mnie migrena). Pracuję w przedszkolu, dzieci są wdzięczne,ale i są te "okropne", niewychowane, bez żadnych granic, krnąbrne, agresywne,niewdzięczne. Tyle, że na tym etapie, nawet jak rodzic nie współpracuje, jestem w stanie wpłynąć na rozwój dziecka :) wiem to, widzę. To piękne :)
    Marta

    OdpowiedzUsuń
  90. Nie zgadzam sie z tym artykułem , a mam dwóch synów i zupełnie inaczej postrzegam postawy nauczycieli. Zastrzegam,że jestem z pokolenia tych dzieci karnych i posłusznych, gdzie nauczyciel = świętość. To co obserwuję teraz wśród nauczycieli , głęboko mnie zastanawia. Walczę od 2010 o dodatkowe lekcje (raz w tygodniu) z języka angielskiego dla dzieci , które sobie z tym językiem nie radzą, postawa wręcz obojętna. Teraz dzieci maja w zastępstwie rosyjski ,bo pani od angielskiego jest w ciąży. Walczyłam o nie dźwiganie przez dzieci ciężkich plecaków ( chyba ze 20- 30 kg) , wszystko jest potrzebne, będzie pokolenie rehabilitantów, przynajmniej ci ludzie mogą spać spokojnie, pracy im nie zabraknie. Pani wychowawczyni na koniec roku mnie zaskoczyła, najpierw długo, długo nie podawała ocen na koniec roku a okazało się że dziecko ma dwie 2 na koniec roku, gdzie już nie dało rady tego poprawić, pani skwitowała że przecież to nie 1 . Teraz mój mąż działa w trójce klasowej,jest walka o podawanie ocen w systemie elektronicznym żeby każdy rodzic mógł sobie te oceny sprawdzić bo wiadomo dziecko jak to dziecko - raz wpiszę raz nie. Tez jest problem -bo to dopiero ma być wprowadzane....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziennik elektroniczny fajna rzecz. Zwłaszcza, gdy szkoła nie zapewnia podstawowego wyposażenia czyli komputerów w salach i trzeba sobie robić notatki z każdej lekcji, a potem z domu wprowadzać do systemu. I jeszcze słuchać narzekań, że nie na czas wpisane... Parę lat temu nie było takich udogodnień i jakoś rodzice orientowali się w ocenach dzieci - o ile chcieli, rzecz jasna, pofatygować się do szkoły co jakiś czas. Albo chociaż zadzwonić.
      W mojej sali wygospodarowałam miejsce na zostawianie książek i zeszytów. Większość korzysta, i owszem. Ale usłyszałam tez od rodziców (!) komentarz, ze na pewno coś dziecku zginie i że pewnie będę kartki z zeszytów wyrywać na własne potrzeby. II dziecko na pewno nic zostawiać nie będzie. Ręce opadają...

      Usuń
    2. Owszem mojemu dziecku też zginął cały komplet książek w II klasie, ale już nie o to chodzi. Zadziwiające tylko,że starszy syn przecież tak samo edukował się i jakoś trafiał na nauczycieli, ktorzy mieli czas informować nas - rodziców o wynikach w nauce, na półrocze, na koniec roku + wszystkie zebrania. nieobecności w szkole. Pani wysyłała mailem wszelkie informacje, oceny, my - rodzice - usprawiedliwienia i inne zgłoszenia o nieobecności.
      Nie musiała nawet podawać komórki bo był kontakt droga mailową i NO PROBLEM., Jeszcze nie było tematu dziennika elektronicznego ale byliśmy rodzice na bieżąco. U młodszego jest z tym problem , już nie wspominam o dzienniczku elektronicznym ale w ogóle o kontakcie mailowy, nie wiem czy wychowawczyni odbiera pocztę czy nie. Nie potwierdza. A na zebraniu często zapominam zapytać bo sa omawiane inne tematy,. Zresztą już nie chodzę, nie chce się denerwować.

      Usuń
    3. Ha, a u nas w szkole jest zakaz rozmawiania z nauczycielami, rodzic ma się kontaktować z kadrą przez dziennik elektroniczny, można czasem także konsultować problemy osobiście tylko po uprzednim umówieniu się przez ów własnie dziennik (byle nie za często! - podobno wystarczą wywiadówki 2 razy w semestrze). Rodziców w szkole widzi się niemiło i traktuje jak intruzów. Z punktu widzenia rodzica postępowanie szkoły też nie jest kolorowe...Jest kilku nauczycieli, którzy faktycznie świetnie dogadują się z dziećmi, ale jest też wielu, którzy potrafią powiedzieć tylko "rozpuszczone bachory" lub "fatalni rodzice" bez większego nakładu starań ze swojej strony...Dla uściślenia: jestem nauczycielem, skończyłam doktorat, ale jestem też zwyczajną mamą dwójki dzieci...

      Usuń
  91. uwielbiam Cie za ten tekst :) jakbys uczyla w tej samej szkole, wszystko identycznie! I ja tez rzucilam ta prace, uwierz mi, nie bedziesz zalowac. Zycze Ci powodzenia, duzo usmiechu i samych szczesliwych dni!

    OdpowiedzUsuń
  92. pięknie napisane, ja czekam do czerwca i później spierdzielam z tego syfu. a nie powiem, iż jestem tak zdesperowana że zaczęłam tworzyć rodzinę ;)

    OdpowiedzUsuń
  93. mam tylko nadzieję, że nie uczyła Pani polskiego ;)
    przy tej liczbie błędów...

    OdpowiedzUsuń
  94. Właśnie dzisiaj także rzuciłam edukacją ... :( z tych podobnych powodów

    OdpowiedzUsuń
  95. Pracuję jako belfer 23 lata. I z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że lubię swoją pracę, i nawet czasami te bachory lubię. Ale czasami zdarza się dzień sądu, dosłownie i w przenośni, np. dziś miałam ochotę wytłuc kolejno wszystkie małolaty plus kilka osób będących zawodowo "nade mną". Jednak zdarza się, a nie jest nagminnie, ot, czasami się zwyczajnie łapie doła. Pewnie - jasna cholera bierze gdy się trzeba dostosowywać do tych wszystkich dziwnych i mniej dziwnych wymysłów ministerialnych czy innych. Ale chyba nie ma zawodu, gdzie byłoby równo w czambuł tylko różowo. No sorry, to jest życie a nie komiks Marvela, czasami trzeba wydrzeć co swoje zębami i pazurami, innym razem odebrać z tacy z serwetką.
    Nie uważam, że jestem jakimś super nauczycielam, rozumiem, ze ktoś może mieć dość, bo sama czasem mam. Podpisuję się czterema kończynami pod wszystkim tym, co Autorka napisała o absurdach szkolnej rzeczywistości. Natomiast nie uważam, żeby wszyscy uczniowie i rodzice byli totalnie źli, raczej jest odwrotnie. Codziennie spotykam naprawdę świetnych, wartościowych ludzi, i tych starszych, i tych nastoletnich. Wredne małpiatki też rzecz jasna, jednak są w zdecydowanej mniejszości - choś krwi potrafią napsuć.
    Skoro ktoś rzuca zawód nauczycielski to raczej nie był mu pisany do emerytury. I dobrze, że rzuca, nie ma co tkwić w pułapce pół życia jedynie dla zasady. Jak każda inna praca, ta też nie jest dla każdego, tak po prostu :)

    OdpowiedzUsuń
  96. Dzieci to można wychować, troszkę do pionu ustawić ale co do niektórych nauczycieli ...... Dawno stwierdziłam ,że do tego zawodu powinny być przeprowadzane testy psychologiczne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie mogę się z tym zgodzić.. to środowisko w jakim pracujemy wpływa na nasze zachowanie i kondycję psychiczną

      Usuń
  97. No i masz rację. System szkolnictwa jest tragiczny. Wcale nie stanie się lepszy jeśli nauczyciele dostaną więcej władzy, po prostu będzie łatwiej nauczycielom i gorzej uczniom, którzy też bardzo źle na tym wszystkim wychodzą.

    Nie podoba Ci się, rzuciłaś pracę - słusznie.

    W całym tekście ze wszystkim się zgadzam, z jednym wyjątkiem. Czemu sugerujesz, że to uczeń jest dla nauczyciela? To oczywiste, że nauczyciel jest dla ucznia. Przepisz to sto razy przy tablicy i zastanów się jak można wątpić w to przez chwilę. Płacili Ci za to żebyś uczyła dzieci. Oczywiście w praktyce uczeń jest dla nauczyciela, bo Ci którzy się ustawili i mają w dupie, gnębią dziatwę, odbębniają swoje i dostają te dodatki motywacyjne oraz fundusze z funduszy - oni potrzebują jednego, żeby uczniowie nie mogli za łatwo się wymigać, bo wtedy nauczyciele musieliby się zacząć starać.

    Bon edukacyjny. I wszystko nagle okaże się możliwe.

    OdpowiedzUsuń
  98. Ja pracuję w gimnazjum i lubię to... Mam zasadę - szanuję uczniów i oni szanują mnie. Przeważnie działa. Boli mnie to, że nie mam na nic czasu po pracy, bo ona się po prostu nigdy nie kończy.... Uczę j. polskiego i nie pamiętam, kiedy miałam choć jeden wolny dzień. No, w wakacje. Ale nie wiem, co to weekend. Ja bardzo chętnie będę siedzieć w szkole 40h, ale niech mi ktoś zapewni warunki do pracy. Biurko, komputer, drukarkę, szafkę na książki.... A nie wszystko wiecznie w domu i za własne pieniądze... 40h to ja bym bardzo chciała pracować. Jak na razie wychodzi średnio 68 tygodniowo. Liczyłam hobbystycznie przez kilka miesięcy, żeby niektórym zamknąć - przepraszam - gęby.

    OdpowiedzUsuń
  99. Planuję zrobić dokładnie to samo - rzucić tę pracę w diabły.

    OdpowiedzUsuń
  100. Genialny post:) Dlatego ja po roku pracy w szkole uciekłam gdzie pieprz rośnie. Wystarczył rok, żebym doświadczyła wszystkiego, o czym piszesz. W tym czasie chyba ze trzy razy byłam na chorobowym, bo głos mi wysiadł. Lubię uczyć, ale szkoła państwowa z samą nauką ma niewiele wspólnego. To było prawie 10 lat temu i cieszę się, że tak zrobiłam. A wychowywać wolę własne dzieci. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  101. Hej, kolega przeslal mi dzis ten wpis... chyba na pocieszenie :) i... chyba mu sie udało ;) Tydzien temu zlozylam wymowienie... jestem na okresie wypowiedzenia- jeszcze tydzien! Na szczescie- moje oczywiscie- bo juz nie moich pracodawcow, zachorowalam i jestem na zwolnieniu. Moja vicedyrektorka wydzwania do mine i mi grozi, ze mam cos zrobic (uzupelniac jakies papiery) i przyjechac do szkoly... ani mi sie sni z goraczka tam pojawiac! Zwolnilam sie glowne przez dyrekcje, ktora dala mi dobrze do zrozumienia, ze w niczym mi nie bedzie pomagac,a wrecz oskarzac jak cos sie stanie. Trafila mi sie taka klasa "0" ze bez pomocy ani rusz... dzieci tak agresywne i z takimi problemami, ze bez pomocy drugiej osoby zajec nie mozna spokojnie poprowadzic. (11 opin i 1 orzeczenie- i to ma byc zwykla klasa)... szkoda gadac, ale warto sie podzielic

    OdpowiedzUsuń
  102. Byłem w Studium Nauczycielskim Nie skończyłem go, bo Wojsko Polskie miało wobec mnie inne plany. To było na samym początku lat 90. Później twierdziłem, że wojo uratowało mi zycie, bo gdyby nie ono - zostałbym nauczycielem. Ja wychowałem się w zupełnie innej szkole. I obecna mnie przeraża.

    OdpowiedzUsuń
  103. Kolejny artykuł z którym się zgadzam. Po TULU latach pracy w szkole także mam dosyć. A teraz jeszcze pytam: jak pracowałby ktoś, komu szef powie, że za rok, dwa wyleci z roboty? (czytaj zamkną część szkół). Motywacja do pracy- zerowa. Uczniowie- a kto to taki? Obecnie w szkołach raczej się ich nie spotyka zbyt wielu. Garstka. Reszta to ... ( tu następuje celowe niecenzuralne określenie). Rodzice. Tylko chcą i żądają (wszystkiego). Czy w swojej pracy też są tak traktowani? Też tak traktują swoich klientów. Media- nagonka na newsy. Czy ktoś słyszał, w mediach i nie tylko, o szkole coś dobrego? 40 godzin pracy- ok, ale proszę mi za nie zapłacić ( a nie tylko za pensum). Zbuntowałam się i nie pracuję więcej niż 40 godzin. Efekt- nie wyrabiam się z pracą- zebrania, dyskoteki, konsultacje, godziny 2 tygodniowo za darmo (swoja drogą, czy jest jakaś grupa społeczna pracująca ze free), sprawdziany, przygotowanie lekcji, akademie, konkursy, wycieczki... etc.Wakacje- och. Najdroższe.I nie takie długie, jak się wydaje. (26 czarnych dni + niedziele, to też jest ponad miesiąc). Urlop na żądanie- brak. Brak możliwości wolnego jednego dnia, żeby odwiedzić specjalistę z dzieckiem (zwolnienia nie chcą wypisywać- "proszę wziąć urlop"). Zawód miodzio. Tak wiem, nikt mi go nie wybierał, ale jak zaczynałam pracować, to w szkole byli Uczniowie. Może znajdę nowy sposób na swoje nowe życie.

    OdpowiedzUsuń
  104. Dorzucę ulubiony argument mojej dyrekcji: Pracujecie 40 godzin!
    Tylko jakby tak to wszystko zliczyć, to niektórym wychodzi grubo ponad...
    Cóż, ja póki co jeszcze walczę. Może dlatego, że od zawsze chciałam być "pseckolankom", może dlatego, że jestem leniem nie z tej ziemi, tudzież tchórzem, co się boi zmian, a może dlatego, że nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, co bym mogła/chciała innego robić (bo odpowiedź "spać", ewentualnie "śpiewać, pić i jeździć na desce" raczej się nie liczy :p ).
    W tej walce pomaga mi pewnie jeszcze fakt, że mam wrodzoną zdolność do olewania spraw, które w gruncie rzeczy nie są istotne. Moje skrywane zacięcie aktorskie też pomaga ;) Olewam więc dyrekcję i jej papierki, układziki, koleżanki - narażając się tym samym mocno (aczkolwiek oczy kota ze Shreka pomagają :p). Ale wiem jedno - ważne są dzieci, koniec kropka. One są dla mnie na pierwszym miejscu, inni mogą mnie cmoknąć. Albo zwolnić...hłe hłe...niech spróbują :D
    I co tu dużo mówić - ułatwiam sobie też pracę na wszelkie możliwe sposoby. Po dziesięciu latach pracy, mając bogate zaplecze metodyczne, w dobie internetu - można to robić, bez szkody dla dzieci. Szczególnie w obszarze "papierologii" - dzieciom przecież żadna dokumentacja nie jest potrzebna (prof. Śliwerski kiedyś o tym ładnie się wypowiedział - wystarczy przecież wejść do przedszkola, rozejrzeć się w korytarzu, pobyć z dziećmi, poczuć atmosferę - i wszystko widać jak na dłoni, nie potrzeba sterty dokumentacji). I robię to, bo kiedy miałam ambicje bycia "naj" w każdej dziedzinie, to okazywało się, że nie mam czasu na własne życie. A przecież nie żyję po to, żeby pracować - choć pracę swoją lubię. Pracuję jednak po to, aby sobie uprzyjemnić to życie, które mam po pracy. Po to, żeby mieć forsę. Bo sorry - ale pasją rachunków płacić się nie da :p
    Lubię dzieci i pracę z nimi. Na etapie przedszkolnym są one w większości jeszcze mega wdzięczne i przyjemne we współpracy ;) Niestety potem im dalej w las, tym ciemniej. Miewam zastępstwa w szkole - i już w I klasie zdarzają się pyskate i bezczelne smarkacze. Nie wytrzymałabym pół dnia.
    "Dodatków" do swojej pracy nie lubię :p
    Z tym wszystkim, czego nie lubię, walczę prostymi, sprawdzonymi metodami, polecanymi ostatnio nawet przez bardziej doświadczone nauczycielki podczas jednej dyskusji na temat wypalenia zawodowego: upić się w weekend, dużo dobrego seksu, wciągająca pasja (ale nie ta nauczycielska :p ), czas tylko dla siebie, dla swoich przyjemności.
    Da się to wszystko zrobić, aczkolwiek faktem jest, że duuuuużo łatwiej to idzie, kiedy jest się taką pokręconą "starą panną" jak ja :p Nie bardzo sobie wyobrażam, gdzie bym jeszcze miała w to wszystko wcisnąć własną rodzinę, męża, o dzieciach nie wspominając... :p

    OdpowiedzUsuń
  105. właśnie dziś zrobiłam to samo jestem bardzo szczęśliwa... mam dość wiecznie niezadowolonych rodziców straszących sądami, wrednych koleżanek z pracy i tekstów przecież moje dziecko jest grzeczne....i ciągłego strachu czy przypadkiem dziś może zobaczę wybite oko albo złamaną rękę na korytarzu.... albo czy dzieci nie wymyślą czegoś sobie ze np. powiedziałam albo nie powiedziałam bo przecież dzieci nie kłamią hahaha

    OdpowiedzUsuń
  106. Przeczytałam z uwagą cały wpis i uważam, że bardzo dobrze się stało, że rzuciła Pani tę pracę, bo zwyczajnie się Pani do niej nie nadaje. Dawno nie czytałam tekstu, w którym nauczyciel wyrażałby się o uczniach i rodzicach z taką pogardą i jednocześnie dawał taki wyraz swojej bezradności. Nie jest Pani pedagogiem i nigdy nim nie będzie, a bez tego nie można być nauczycielem.
    Pani rezygnacja z pracy w szkole jest wielkim szczęściem dla Pani, dla dzieciaków, które mogłyby trafić pod Pani opiekę oraz ich rodziców, którzy na pewno nie mogli liczyć na Pani pomoc.
    Mam nadzieję, że znalazła Pani pracę, która daje satysfakcję. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgadzam się z tym co napisała Pani w tym komentarzu (skoro mamy się "paniować", to będziemy). Nie wyraziłam się w sposób pogardliwy na temat rodziców i uczniów. Uważam, że był to raczej sposób sprawiedliwy, bo opisany z mojej perspektywy. A to, że opisany słowami, których wielu boi się użyć, to już inna sprawa.
      W żaden sposób nie ukazuje to mojej bezradności, bo bezradna ani nie byłam, ani też dalej nie jestem. Ze mnie jako nauczyciela zwykle wszyscy byli zadowoleni, dostawałam nagrody, wyróżnienia, pochwały ponieważ byłam świetnym pedagogiem i z pasją wykładałam przedmiot którego uczyłam (niezależnie od tego jaki był to przedział wiekowy uczniów). Co nie zmienia faktu, że był to 1% tego co przeżywałam w pracy. Pozostałe 99% ocierało się o szaleństwo.
      Nie lubię, gdy ktoś pisze "na pewno taka jesteś" lub "na pewno to zrobiłaś" kiedy nie ma zielonego pojęcia o mnie i o tym, w jaki sposób się zachowałam w danej sytuacji. Dlatego proszę zarzuty pod tytułem "na pewno nie mogli liczyć na Pani pomoc" schować w kieszeń i zastanowić się, kim Pani jest żeby wydawać takie osądy. Bo to, że jest Pani rodzicem i pojęcia nie ma jak wygląda to od strony zaplecza - to już z treści komentarza wywnioskowałam :)

      Usuń
  107. To ja odpiszę z drugiej strony barykady. Jestem jeszcze uczniem, chodzę do 2 klasy lo i jestem zażenowany postawą niektórych nauczycieli. Oni po prostu źle uczą. Jestem przekonany, że gdyby robić tylko to, co wymagają, matury na pewno by sie dobrze nie napisało. Oni po prostu nie potrafią przygotować do egzaminu. Na lekcjach mało tłumaczą w efekcie mnóstwo osób musi chodzić na korepetycje. Kartkówek prawie nie robią, sprawdziany raz na miesiąc, bo im sie tego nie chce sprawdzać! Moja polonistka w ubiegłym roku zrobiła tylko 2 prace pisemne... masakra. Nauczyciele są tak leniwi że to jakaś porażka. Dodam, że chodzę do najlepszego liceum w mieście i jednego z najlepszych w województwie, w rankingach jesteśmy bardzo wysoko, młodzież jest kulturalna, nigdy przenigdy nie zdarzyły sie pyskówki z nauczycielem i znane np. z gimnazjów przeszkadzanie na lekcji itd Nauczyciele 100% czasu mogą przeznaczyć na lekcję, a tłumaczą tak beznadziejnie że to tragedia. A potem jak już zrobią sprawdzian to dowalą taki trudny że nie wiadomo czy śmiać sie czy płakać. I to jest troche hym? bezcznelne troche? Bo na lekcji nie wytłumaczą, a potem dołożą takie kosmiczne zadania i zadowoleni i jeszcze sie dziwią że taka dobra grupa a nie ma ani jednej piątki. No sorka jak robisz za trudny sprawdzian i nie wyjaśnisz wymagań to tak jest... Oczywiście nie wszyscy. Są niektórzy dobrzy nauczyciele, ale to mniejszość. Reszta korzysta z faktu, że to NAM, uczniom zalezy i i tak dobrze zdamy mature,, bo to w końcu najlepsza szkoła itd. Więc oni nie muszą się starać, tylko my musimy wszystko robić sami. Tragedia, zamiast nas szkolić, trenować aż do upadłego to oni sie obijają. Dochodzi do takich sytuacji, że sami prosimy: "a moze pani profesor zrobiłaby jakąś kartkówkę?". Oni nie wykorzystują naszego potencjału. Co jak co, ale nauczyciele z mojego liceum są jak pączki w maśle. Szkoda mi tych z gimnazjum, bo tamci musieli sie z nami użerać, męczyć, my im ubliżaliśmy itd ale tamci przynajmniej wymagali, przecież moja polonistka z gim miala prawie 100 uczniow, a wypracowania robila raz na tydzien. Mowila ze czesto zarywa noce zeby to sprawdzic. Ale efekt był i dzieki temu ufając jej napisałem egzamin na 100%. A teraz? Tamta z nami robiła w ciągu miesiąca tyle co ta w całym semestrze... To samo sie tyczy pani profesor od angielskiego, niemieckiego, matmy, chemii itd Profesor od historii nawet nie czyta naszych prac i ocene wystawia po "przejechaniu" wzrokiem po kartce w wyniku czego dobra praca, treściwa, z dużą ilością dat informacji itd dostawała 3+, a za pracę którą sam bym sobie ocenił na 3 dostałem 5....... Podsumowując, nauczyciele przynajmniej w mojej szkole mają bardzo dobrze, nie muszą nas uspokajać, nie męczą sie z rodzicami bo sami jestesmy za siebie odpowiedzialni, nie muszą sprawdzać sprawdzianów za dużo, młodzież kulturalna itd. A potem bezczelnie sie pochwalą że jesteśmy najlepszą szkołą..... sorka ale na ten sukces pracują wyłącznie uczniowie i ich korepetytorzy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. od strony ucznia na pewno ta sprawa wygląda inaczej i zgodzę się, że czasem nauczyciele też przeginają. Sama uczęszczałam do najlepszego liceum w moim województwie i muszę przyznać, że jeśli szkoła jest super i uczniowie są na poziomie, mają dużo korepetycji i wsparcia rodziców, to nauczyciele osiadają na laurach - zdarza się. Ale w tym wypadku mówiłam o swojej sytuacji i szkołach w których ja pracowałam. Dziękuję za ten wyczerpujący komentarz! :)

      Usuń
  108. Pracowałam 8 lat w tym zawodzie i do dziś nie żałuję decyzji, że go zmieniłam!!!

    OdpowiedzUsuń
  109. NAUCZYCIELE

    Nauczyciele to takie typy,
    Czasem groźniejsze nawet od grypy.
    Grypę wyleczy i aspiryna,
    Belfra nie ruszy nawet cytryna.

    Znam jednak takie nauczycielki,
    Co łagodniejsze są od muszelki,
    Piękne jak lilie w naszym ogrodzie,
    Czy babie lato w słońca zachodzie.

    Stawiają uczniom w dzienniku pały,
    Ale i szóstki oczy widziały.
    Słyszałem z ust ich różne pochwały,
    Lub określenie – uczeń wspaniały.

    Rzec można także o pedagogach,
    Jak o nieczułych dla innych snobach.
    Nauczyciele – przecież brzmi dumnie,
    Każdy jest mądry i dużo umie.

    Jak się przyłoży – nauczy cielę,
    Choć też od ucznia zależy wiele.
    Trudny to zawód i ciągłe stresy,
    Dyżury, dzwonki, przerwy, okresy.

    Uczą nie swoje lecz cudze dzieci,
    W szkole im całe życie przeleci.
    Tu edukacja i wychowanie,
    Wiedzę przekażą – co im zostanie…

    to tak na podsumowanie

    pozdrawiam Kow.

    OdpowiedzUsuń
  110. W zawodzie pracuję już 28 rok. I powoli, aczkolwiek z coraz większym przekonaniem, dojrzewam do myśli żeby się "wymiksowć" z pracy w szkole. Nie dlatego, że dzieci trudne czy rodzice. Ale dlatego, że dobijają mnie stosunki miedzykoleżeńskie, układy, układziki, podcinanie skrzydeł. Mobbing i ciągłe podważanie autorytetu przez wszystkowiedzącą i nieomylną dyrekcję. Czas "Siłaczek" się skończył.
    Gratuluję odwagi i serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  111. System edukacji w Polsce jest debilny, a nauczyciele często nieświadomie chcąc pomagać - szkodzą.
    Jeśli ktoś nie ma ochoty się uczyć, to po co go do tego zmuszać. Traci się czas, który by można było poświęcić, na tych którym się chce. Mi się chciało - do czasu.
    Pewnego dnia zrozumiałem ( 3 gimnazjum), że wiem czego chce się uczyć,a czego nie. Jeśli się czegoś nie nauczę teraz a w przyszłości okaże się, że jednak ta umiejętność by mi się przydała - to się tego nauczę sam - proste.

    Monopol szkoły na jedyny słuszny program nauczania, jest co najmniej słaby.
    W liceum wybierałem sobie już lekcje, na które chciałem chodzić. Było ich niewiele, ale były to te które mnie interesowały. Dodatkowo chodziłem na zajęcia dodatkowe, z historii plus uczyłem się sporo w domu ( w czasie wagarów).
    Sam nie wiem jak to się stało, że nie wyrzucili mnie ze szkoły.

    Maturę wręczała mi moja Pani od j.polskiego - dyrektorka szkoły. Z szerokim uśmiechem, na który pozwoliła sobie, w stosunku do nielicznych. Napisałem maturę bardzo dobrze. Jako jeden z lepszych w klasie, szkole.
    Ponieważ na tych durnych punktach z tej matury, akurat mi zależało. Teraz bym na to srał.

    Dlaczego więc dziecko nie może decydować samo? Nie łapmy go ciągle za ręce i nie ratujmy przed upadkiem.
    Jak się parę razy wywróci, to może zostanie dzięki temu światowej klasy kaskaderem. Nie starajmy się być najmądrzejsi, bo wcale tacy nie jesteśmy. I nie wiemy co dla kogo będzie najlepsze. Mimo,że czasem (często) wydaję nam się, że tak jest.

    OdpowiedzUsuń
  112. Byłem nauczycielem prawie dziesięć lat. Z przyczyn obiektywnych musiałem zmienić miejsce zamieszkania i tym samym pracę. Moje drogi ze szkołą się rozeszły, ale gdyby ktoś zaproponował mi teraz etat z perspektywą długotrwałego zatrudnienia wróciłbym bez zastanowienia.
    A teraz do rzeczy. System jest archaiczny od strony administracyjno-formalnej (rady pedagogiczne, papierologia). System jest patologiczny od strony profesjonalno-personalnej (strach o utratę pracy przy cięciu etatów w wyniku niżu plus walka o subwencję za skórę każdego ucznia w połączeniu z wolnorynkowym podejściem uczeń/rodzic-klient tworzy żyzny grunt pod co? No właśnie pod to, o czym Pani pisze).
    Problem w tym, że do tej pracy garną się wszyscy, którzy mieli o niej mgliste pojęcie w czasie studiów - stąd byłem, jestem i zawsze będę zwolennikiem zanurzania studentów we wszystkich aspektach tej specyficznej rzeczywistości. Rezultatem naiwnego wyboru tego zawodu (wśród młodszych 25-30latków, bo starsi wychowali się w innych szkołach, innym społeczeństwie i innej rzeczywistości i to im współczuję najbardziej) jest pojawienie się na korytarzach szkolnych osób nie tyle niekompetentnych co nie posiadających pełnego zakresu kompetencji do wykonywania tego zawodu. Żeby dzieciaki szanowały nauczyciela powinien on/ona być OSOBOWOŚCIĄ. Ale sama osobowość nie wystarczy - szacunek uczniów i rodziców trzeba sobie wypracować, wywalczyć i konsekwentnie wzmacniać je całą swoją osobą. Trzeba być charyzmatycznym, stanowczym, często bezlitosnym i konsekwentnym. Trzeba traktować uczniów jak ludzi i mieć na tyle asertywności, żeby pozwolić im polec jeśli są zbyt słabi, nie walczyć o ich oceny a o ich decyzje, właściwe decyzje, które będziemy w stanie przewidzieć i ku nim pokierować. Trzeba mieć asertywność, inwencje i wyobraźnię, żeby podjąć walkę, która jest o wiele trudniejsza – w pokojach nauczycielskich, walkę o wspólne podejście, o konsekwencję, o skoordynowane rozwiązania w każdym indywidualnym przypadku i w kwestiach, które dotyczą wszystkich uczniów i nauczycieli a widzimy, że to one, systemowo, są przeszkodą dla naszego przewodnictwa w stadzie. Bo tym właśnie powinien być nauczyciel – przewodnikiem stada uczniów, który dba o nie by nie wpadły w przepaść, a nie jedynie psem pasterskim, który szczeka, gdy ktoś wychodzi przed szereg.
    Jeśli ma się te cechy i jest się w stanie wybiegać wyobraźnią poza kartonowe pudełko sali lekcyjnej, swojej lekcji, swojego przedmiotu, swojego czasu, swojej strefy komfortu, można zdziałać cuda.

    OdpowiedzUsuń
  113. w piłke dzieci nie mogą grać a co dalej ... dzieci mają powpisywane w dzienniczkach od rodzicow teksty proszę żeby mój syn nie uczestniczył w zajęciach plastycznych bo to nie jest zgodne z jego zainteresowaniami wiec zabrałam ich na komputery i afera bo na komputery tez nie mogą chodzić wiec co ? nie rysować nie grac w piłke na komputery nie chodzic .... rodzic mi mowi nie zycze sobie komputerów drugi ze nie zycze sobie rysowania bo mój jaś lubi grać w piłkę trzeci proszę panią moja Marysia uwielbia rysować ona nie lubi piłki....a może prywatne opieknuki w domu zamiast szkoły publicznej?????jedna pani rodzic mi pogroziła jak będę chodzic na komputery to cyt:" ja pania załatwię powiem ze pani im podsuwa zabrobione treści dla dorosłych wiec mowie do niej na każdym komputerze jest historia można to sprawdzić a ona proszę panią mój znajomy prokurator nie będzie się bawil w sprawdzanie od razu pania zamknie i tupie nogą na panią dyrektor... i jak człowiek ma spokojnie zyć???? wcześniej mówię to podzielmy te zainteresowania na wszystkie dzieci godzina plastyki bo dziewcznki lubią rysować , godzina piłki bo chłopcy lubią grać i godzina komputerów bo wszyscy lubią komputery tak też nie może być! bo to jest skandal żeby dzieci grały przez godzinę na komputerach

    OdpowiedzUsuń
  114. Witam serdecznie ;) Szkoda, że ma Pani takie złe doświadczenia. To jest piękny zawód i dzieci i młodzież także są świetne. Dobrze jednak, że podjęła Pani taką decyzję. Niestety większość nauczycieli nienadających się do tego zawodu nie ma odwagi by zrezygnować, w wyniku czego wyładowują swoją frustrację spowodowaną błędnymi życiowymi decyzjami na uczniach.

    OdpowiedzUsuń
  115. Nie ma też co podziwiać ludzi, którzy w tym zawodzie zostali - albo są to prawdziwi nauczyciele z pasją, którzy właśnie przez umiejetnośc jej przekazania mają szacunek uczniów i rodziców, albo wręcz przeciwnie - osoby, które trzymają się stołka, bo tak jest wygodniej. Należy też pamiętać, że rozważając bycie nauczycielem i będąc nim nie należy nastawiać się na fanfary i mieć wygórowanych oczekiwań. Jeśli ktoś myśli i oczekuje, że wchodząc do klasy uczniowie muszą słuchać co nauczyciel ma do powiedzenia to jest w błędzie :) Oni "mogą" ale nie muszą ;) A to czy będą zależy od nauczyciela w jaki sposób nawiązuje relacje i jaki ma stosunek do uczniów.

    OdpowiedzUsuń
  116. Brawo, jestem mamą ucznia. 1 klasa gimnazjum- co dziennie jak syn wraca ze szkoły opowiada jaki to był koszmar. Jest zmęczony klasą, głupotą rówieśników ich podejściem. Zastanawiam się gdzie są ci durni rodzice ??? Jak wychowują dzieci i czego je uczą ? Cwaniactwa i olewactwa i tego że im się wszystko należy - bo co? Bo są !
    Tłumaczę synowi że to jego wybór i świadczy o nim, może się zachowywać jak reszta a może być sobą i skupiać się i zachowywać tak - że mimo iż nie widzę nie muszę się wstydzić. Zawsze powtarzam moim dzieciom, nieważne co robisz, rób to dobrze i nawet jak nie widzę zachowuj się tak, żebym ja się nie musiała ze ciebie wstydzić. Traktuj ludzi tak jak chcesz, żeby Ciebie traktowano. - To święte słowa mojej śp. Mamy która zmarła za wcześnie( miałam wtedy 14 lat ) i nic tak dobrze nie pamiętam jak tych słów.
    Nie uważam, że moje dziecko jest święte, ale nie ma opcji że wraca z uwagą i nie reaguje;)
    pozdrawiam - podziwiam !
    ps. jakby tak ich tak wrzucić w inną rzeczywistość lat 70 to by była ale jazda !!! BIEDNE DZIECI.

    OdpowiedzUsuń
  117. No to teraz czekamy aż osoby wyzywające cudze dzieci i rodziców same poślą własne pociechy do szkół, gdzie im podobne osoby będą równie soczyście wypowiadać się o ich dzieciach😃

    OdpowiedzUsuń
  118. Przepraszam, czy to jakaś prowokacja? Czytam i nie wierzę..Przeraża mnie Pani postawa i podejście do dzieci. Niezwykle smutne. Jak to dobrze, że ominęła Pani naszą szkołę. Życzę większej życzliwości i wyrozumiałości dla innych, zwłaszcza dzieci. Mama

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również mam nadzieję, że odnajdzie się Pani jednak gdzie indziej. Jak dla mnie za dużo "srania", "dup", "gówna"...

      Usuń
  119. Super, że rzuciłaś tę pracę. Teraz szkoła jest lepsza. Jeden nauczyciel mniej, który nazywa dzieci "bachorami".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzieci potrafią być wredne jak inaczej nazwać słowa zdemolowaliśmy salę lekcyjną po pani nie chciała nas wypuścić na korytarz.... w tamtej chwili korytarz to nie czas i miejsce... dzieci 9 lat ... lub dzieci zapraszam na obiad ustawiamy się w pary nieeeeeeeeeeee my nie idziemy nie chcemy jeść ale trzeba zjeść obiadek bo będziecie później głodni i nie wystarczy wam siły do zabawy.......dlaczego rzucasz klockami po klasie poniszczysz je odp bo tak chce.... może porysujemy nieeeeeeeeeeeeeeee mam dla was ciekawy pomysł konkurs plastyczny! .... proszę usiąść i odrobić lekcje spieprzaj chce się bawić! 9 lat - jedna z Warszawskich szkół na Sadybie

      Usuń
    2. To, co jest powyżej napisane świadczy tylko o tym, że dzieci jasno komunikują, że nie chciały czegoś zrobić. Konkurs plastyczny widocznie był niewypałem, klocki były nudne, a jeść nie chciały bo widocznie nie były głodne. Ciekawe jaka byłaby reakcja dorosłego, któremu inny dorosły wpiera i wymusza robienie czegoś, na co nie ma ochoty, np. mąż do żony "zrób mi kotlety", "wypierz mi koszule", albo żona do męża nienawidzącego latania po sklepach: "mam świetny pomysł na piątek wieczór - zróbmy wypad na zakupy". Wiadomo, że pojawi się bunt. W takim momencie należy pomyśleć, czy co to my chcemy faktycznie się sprawdzi i czy chce tego druga strona. Nauczyciel nie jest po to aby wymuszać swoje "chcenia" na uczniach, ale żeby dostosować swój tryb pracy do nich i opierać się na tym, czego potrzebują uczniowie.

      Usuń
  120. To dokładnie to samo co kreują media i ogłupiałe MOPSowe społeczeńsywo o np Policji. Wypisz wymaluj.
    Głupi rodzice uważający się za wszechwiedzących i wychwalających pod niebiosa swe pociechy. Wychowanie bezstresowe i rosną nam takie nieporadne życiowo egoistyczne zjeby.
    Ten kraj i to społeczeństwo trzeba edukować i traktować tak jak w Rosji a nie jak w Europie bo Polacy (nie wszyscy) za za głupi na demokrację.

    OdpowiedzUsuń
  121. Brawo za wpis !!! 100% true! Ja to wszystko przeżyłam i nawet trochę więcej...System upada i to, co się dzieje w szkołach to masakra. Najgorsze, że posiadając tą wiedzę nie wiem jak wyślę własną pociechę do molocha, gdzie rządzą pozory i ściema oraz rozpuszczone do granic możliwości dzieciaki....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawo za posiadanie takiej wiedzy ;) Strach wynika zapewne stąd, że juz teraz Pani wie, jak czynni lub byli nauczyciele i rodzice innych dzieci będą określać Pani dziecko "rozpuszczony dzieciak", "bahor" i inne tym podobne komplementy.

      Usuń
  122. Ja nie mogę, ale Wy na wszystko narzekacie ludzie..."dzieci są potworami"- tak, jasne...a kto tym dzieciom pokazuje jak nie szanowac innych, jak wiecznie być roszczeniowym i narzekać? NO KTO? To nie jest kwestia dzieci a kwestia Polaków bo jakoś mieszkam w anglii i pracuję jako asystentka nauczyciela i tam, od małego uczą wszystkie dzieci kultury, jak Pani tylko podniesie rękę to nastaje cisza, dzieci chodzą jak w zegarku. Więc zamiast marudzić jak zwykle to sami bądźcie mili dla sąsiadki, dla innych...dla własnych dzieci i pokazujcie im co dobre.

    OdpowiedzUsuń
  123. Świetny wpis. Dotykasz sedna. Forma w jakiej to robisz - kapitalna! :) Serdecznie pozdrawiam i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  124. Rzeczywistość szkolna przedstawiona przez Ciebie jest prawdziwa, a podejście do szkoły i dzieciaków to inna kwestia - każdy to czuje inaczej, a kto nie czuje wcale, powinien faktycznie, dla obopólnego dobra, zmienić pracę. Jedno jednak w tym wpisie nie podoba mi się BARDZO, język. Nie wulgaryzmy - licentia poetica - ale ortografia i interpuncja. Wstyd, że nauczyciel popełnia tyle i takie błędy! Byk na byku i bykiem popędza. Współczuję dzieciom, które miały z takim nauczycielem do czynienia. No, chyba że uczył wf-u - z całym szacunkiem dla wspaniałych wuefistów.

    OdpowiedzUsuń
  125. Witam Pani Anno. Szanuję Pani zdanie,bo to co napisała Pani w poście zapewne jest podyktowane mocną traumą i przeżyciami wynikającymi z szoku powstałego w wyniku zderzenia oczekiwań i realiów, ale proszę mi wytłumaczyć, jak tak ostre i krzywdzące dla uczniów i ich rodziców słowa, wypływają spod "klawiatury" osoby, która podaje się za socjologa z powołania? Jako czytelnik, odbieram taki tekst jako wyładowanie gniewu i agresji, które zakrawają na zachowania socjopatyczne, ale na pewno nie socjologiczne. Socjolog z zamiłowania lub też nie, jako zajęcie główne, obiera jakiś problem, bada go, wyciąga wnioski i wdraża na ich podstawie rozwiązania. Wnioski te są wyważone i zrównoważone, nienacechowane emocjonalnością, obiektywne i nieobrażające. Tu natomiast nie dostrzegam niczego konstruktywnego przyczyniającego się do poprawy czegokolwiek, poza oczywiście Pani osobistym wnioskiem i poprawą samopoczucia.

    OdpowiedzUsuń
  126. Przeczytałam i zgadzam się całkowicie. Jestem animatorem dziecięcym z zamiłowania ( z wykształcenia socjologiem) ale już dawno temu powiedziałam, że do szkoły nigdy nie pójdę... nie tylko ze względu na dzieci ale też atmosferę wśród nauczycieli. Prowadzę zajęcia pozalekcyjne dla dzieci: warsztaty, spotkania klubów itp. Jak dzieciak się źle zachowuje to z nim rozmawiam, oczywiście daję szansę na poprawę a jak nadal nie pomaga to wysyłam go do domu i proszę, żeby więcej nie przychodził, chyba, że chce uczestniczyć w zajęciach i będzie się stosował do kontraktu jaki na początku zawarliśmy. I to jest piękne... bo mogę to zrobić. Nigdy nie przyszedł do mnie rodzic dziecka ze skargą, może głupio im było... a może mieli to gdzieś, bo przecież to nie są zajęcia obowiązkowe. Czasami sobie słucham i gadam z moją młodzieżą i aż mi ciarki chodzą po plecach jakie oni mają pomysły, jakie zdanie o świecie, szkole i nauczycielach... Ale dzieciaki zazwyczaj fajne przychodzą a przynajmniej fajne zostają :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za opinię :)

Flickr Images

Obsługiwane przez usługę Blogger.